Ani rusz

Niczego bez Ciebie nie piszę. Nigdzie bez Ciebie nie idę. Tak zwykłam żyć przez ostatnie kilkanaście lat. I wszystko, co wyszło spod mojej ręki jest na Twoją chwałę. I wszędzie, dokąd doszłam, jest z Twojego powodu.

A Ty jesteś bliski, jak zapewniałeś.

A On jest, jak obiecał. Bóg.

Wróciło to do mnie w ostatnią sobotę, kiedy obierałam marchewkę na obiad. Myślałam, o czym napisać nowy tekst. Po głowie chodziły różne tematy, ale wszystkie wyłącznie po głowie. Mogłabym powiedzieć, że ich nie czułam. Ale prawdziwsze jest, że nie były zainspirowane przez Niego.

Walczyły we mnie dwie Anie.

Pierwsza. Przecież muszę coś napisać. Tak sobie postanowiłam, poniedziałki. Jakaś stałość musi być.

Druga. Jeśli mam pisać na siłę, jaki to ma sens? Przecież nie tak się z Bogiem umawialiśmy. Miałam pisać, by każdy wiedział, że to od Niego. I aby On był uwielbiony.

Pokroiłam marchewkę w plasterki i odpuściłam. Ulga. Zaraz za tą decyzją powstały we mnie te dwa zdania. Najpierw: „Niczego bez Ciebie nie piszę.” I nagle przypomniałam sobie, że to tak samo jak z życiem: „Nigdzie bez Ciebie nie idę.”

“Jeśli PAN nie zbuduje domu, Budowniczy trudzą się na darmo. Jeśli PAN nie ustrzeże miasta, Stróż czuwa niepotrzebnie.” ‭‭Psalmy‬ ‭127‬:‭1‬ ‭SNP‬‬

Tu nie chodzi o czekanie z założonymi rękami. Tu chodzi o sprawczość, która jest z Niego. Utkana w głębi relacji.

Każdy tekst rodzi się najpierw we mnie. Z niewygody, bólu, myśli, radości, wrażenia. Z poruszenia, które bardzo krótko notuję.

I noszę je w sobie. Z pytaniami: „Tam jest ktoś, kto tego potrzebuje. O czym pisać? W jaki sposób?”

I On dobiera we mnie słowa.

Ja nie mam czasu na te teksty.

Co tydzień jest plan, by iść do mojej ulubionej kawiarni i pisać. Przez dwie godziny, jeśli znam temat, umiem doprowadzić tekst od zera do gotowego do publikacji. Nauczyła mnie tego praca w dzienniku. I macierzyństwo.

Co tydzień piszę na szybko, pomiędzy. Dawidem wspinającym się na mnie. Franiem, który prosi o przeczytanie książeczki. Józiem, który pyta bez końca i coraz to bardziej skomplikowanie. Praniem, bo pieluszka w nocy przeciekła. Gotowaniem, bo trzeba zjeść. 

Prawie co tydzień chcę zrezygnować. Myślę, że już nie podołam tej szybkości dni i rozproszeniu. Skakaniem między tu a tekstem. Ale wtedy wraca do mnie, że inaczej nie zrobię tego wcale. Mogę to więc odłożyć na kilka lat, albo pisać w warunkach, jakie mam.

A ja chcę pisać. Chcę służyć. Chcę być Anią. Choć teraz najpierw jestem mamą.

Przyszłam tu sama. Swoimi decyzjami. Do Mozambiku. Do służby. Do męża. Do trójki synów. Ale nie przyszłam tu z własnego pomysłu ani o własnych siłach. To On. Zawołał. A ja Mu uwierzyłam.

Dlatego albo tak, albo wcale.

Marzę też, by skończyć książkę. Żeby to zrobić, musiałabym wstawać o piątej. Czyli spać pięć, sześć  godzin dziennie. Moje ciało nie dźwiga tego. Kiedyś było to dla niego bez problemu. Dziś szybko narzeka. Zmęczone nie potrafi zrobić rzeczy najprostszej i pozostać w pokoju.

Ale, albo tak, albo wcale?

Albo… później.

PS. A co jest niemożliwe dla Ciebie? Może dlatego, że próbujesz zrobić to o własnych siłach. A może dlatego, że nie masz dziś warunków.

/ Jeśli lubisz jak piszę, możesz postawić mi wirtualną kawkę. Tak umożliwisz mi dalsze tworzenie. Dziękuję! Link do platformy Suppi. /