Bezmiejsce

Nie wierzę, że znów zbliża się Polska. A przecież nie śniło mi się jeszcze, że chodzę po zmroku ulicami Gdańska z kubkiem kawy w ręku. Tak w ostatnich latach coś w środku dawało mi znać, że czas ruszać w drogę. Do bliskich ludzi i do wygodnego świata. Na trochę.

Chyba zadomowiłam się tu, w Mozambiku, i duszą.

Tydzień temu utworzyłam nową notatkę w telefonie: “Przed wyjazdem”. I zaczęłam sprzątać wszelkie zakamarki. To znak, bo zawsze sprzątam i organizuję dom na nowo przed wylotem do Polski. To samo porządkowanie dzieje się we mnie pytaniem: “Co takiego zrobiłam przez ostatnie miesiące w Mozambiku?”

Jakbym układała świat, który tu mam. Jakbym porządkowała siebie, w kontekście tutaj. Żebym tam, zapytana, wiedziała bez zająknięcia – po co jestem i jak jestem. A może ja potrzebuję wciąż sprawdzać to na nowo? 

Tym razem, gdy myślę o Polsce, jest mi smutno. Bo przecież w jakimś sensie wracam do domu. Do znajomych miast i miejsc. Nie jako turystka.

W Gdańsku mam swoje 30 metrów kwadratowych. I meldunek. I skrzynkę na listy. Mam swoją przychodnię i bibliotekę. Ulubioną kawiarnię, w której przesiadywałam jeszcze na studiach. I ludzi, których znam dłużej niż kogokolwiek w Mozambiku.

Wracam na trochę, jak co roku.

Wracam, jednak jakbym nie miała dokąd.

I coraz bardziej mi to ciąży. Z roku na rok. Ten stres związany z pytaniem: gdzie będziemy mieszkać? Przy całym natłoku spraw, które musimy zmieścić w dwóch miesiącach czasu. I jeszcze odpocząć. I jeszcze pobyć z ludźmi. I jeszcze stworzyć synom te polskie wakacje, na które czekają cały rok.

Czy tak wygląda emigracja?

Nie lubimy się z tym słowem. Nie wyemigrowałam. Poszłam za Jezusem. Jestem tu, bo On mnie ciągle tutaj chce. A jednak dużo rozterek jest wspólnych.

Czy więc Gdańsk jest moim domem, jeśli muszę w nim szukać dla nas miejsca, jakbym leciała do Lizbony na wakacje? Ale przecież to mój Gdańsk, nie jakieś obce miasto z przewodnika. Ten, który zaczęłam poznawać od Dolnego Wrzeszcza i jego starych kamienic. Z morzem, które mieni się szarościami. Ze stoczniowymi żurawiami, które dźwigają historię. I polskość.

Wracamy, ale jeszcze nie wiemy gdzie.

Przed nami cztery duże sprawy tutaj, zanim wylecimy na początku grudnia. Podróż do Pemby i odbudowa jednego domu dla przesiedleńców, który został zniszczony podczas przejścia cyklonu. Dwie ewangelizacje w wioskach w buszu. Spotkanie dla młodych kobiet dotyczące cyklu menstruacyjnego i higieny osobistej.

Bóg otworzył nam drzwi do tych spraw w Swoim królewskim stylu. Chwała Mu!

Jesteśmy też wdzięczni każdej osobie, dzięki której jest to możliwe. Bo wiadomo nie od dziś, nie idziemy sami.

Tyle ode mnie dzisiaj, już z drogi.

A jeśli gra Ci w sercu, co robimy w Mozambiku, zostawiam tu link do platformy Suppi. Nasze życie tu to ładnie skomplikowana kombinacja miłości, modlitwy, wiary i wsparcia finansowego wielu osób.

Dziękujemy! 🤍