Bezradna mama

Musiałam zwolnić. Przestałam czytać dzieciom książki przed snem. Spaliłam obiad. Przerwałam odpieluchowywanie Frania. Trudno mi też było zmienić pieluchę, bo musiałam radzić sobie bez dźwigania czternastokilowego dwulatka. Ani razu w tym tygodniu nie mieliśmy zajęć przedszkolnych z Józiem. Pozwoliłam dzieciom malować farbami. Pobrudzili ściany i nasze prześcieradło. Nie miałam cierpliwości i sił słuchać ich opowieści. Nie byłam w stanie ich uciszać.

W tym tygodniu było jeszcze głośniej. Było brudniej. Było więcej niedokończonych czynności. Więcej suchej bułki zamiast zdrowego jedzenia. Więcej: „później”, „nie teraz”. Całkiem sporo matczynej bezradności.

Mąż zabierał dzieci, kiedy tylko mógł, żebym mogła odpocząć. Na początku byłam bardzo wdzięczna za ten spokój. Za sen. Za możliwość bezruchu. Potrzebowałam dojść do siebie. Aż w tych długich chwilach oddechu zaczęłam tęsknić. Za wspólną grą w szachy (choć trzeba wciąż przypominać czyj jest ruch), za czytaniem we trójkę (choć trzeba przerywać co drugie zdanie, żeby odpowiedzieć na pytanie Józia, bądź powiedzieć Franiowi, by nie rwał książki), za wspólnym siadaniem na podłodze i byciem tak, jak oni tego chcą.

Za czasem razem. Za tym domowym rozgardiaszem. Za wspólnym odkrywaniem światów. 

Za rozwiązywaniem problemów.

Kiedy jesteś rodzicem, jest ich całe mnóstwo. A może to nie problemy? Może to nauka odnajdywania się w świecie? Kształtowanie się układu nerwowego. Radzenie sobie z emocjami, które my, już jako dorośli, nauczyliśmy się ukrywać zanim nimi zarządzimy. (Bądź nie.) Skomplikowana sprawa urodzić się do świata, którego obsługi uczysz się latami. I nigdy w idealnych warunkach. Nigdy z idealnymi rodzicami. Może to i nawet lepiej, tak mi ktoś jakiś czas temu powiedział.

Ostatnimi dniami wpadł mi w oczy post mamy, która wchodziła na jakąś wieżę po stromych schodach ze swoim synem. Chłopiec miał atak paniki i zatrzymał się w połowie drogi. Płakał, nie do ruszenia. Ona próbowała wszystkiego, czego już się nauczyła latami. Ale nic nie pomagało. Za to ludzie, którzy ich mijali mieli do powiedzenia wiele o tym, jaką ona jest matką i jakim on jest synem. Ale do zrobienia nie mieli nic. Aż w końcu jeden z mężczyzn powiedział, że był strażakiem i pomógł chłopcu zejść w dół, pod prąd, ratując sytuację. I mamę.

Przez lata spotykałam różne dzieci. Takie, które zamiast chodzić, skakały i jak burza przebiegały przez mieszkanie, zwalając wszystko, co możliwe po drodze. Dzieci wyszarpujące sobie zabawki. Dzieci, które piszczały. Dzieci, które na siłę się przytulały i takie, które siedziały nieruchomo przez dwie godziny spotkania dla dorosłych. I wiele, wiele innych.

Ocena niewypowiedziana głośno zdarzała mi się kiedyś, gdy nie miałam swoich dzieci. Ale odkąd jestem mamą, nie miałabym śmiałości wejść w czyjeś życie z korektą rodzicielstwa. Zdając sobie sprawę, ile to kosztuje. Rozumiejąc, jak może być ciężko. Bo wychowanie to skomplikowany proces. Jest przecież dziecko, ze swoim temperamentem i osobowością, są rodzice ze swoimi wzorcami zachowań zakodowanymi jeszcze w dzieciństwie, są bieżące wydarzenia, biegnący szybko czas i całe mnóstwo stresów. Jest też duchowość. Jest też czasem bezradna mama, która próbowała już wszystkiego.

Jestem wdzięczna za moje dzieci. Choć one nie zachowują się idealnie. Choć po drodze popełniam wiele błędów. Jestem wdzięczna za życie z nimi. Choć być może ktoś z zewnątrz miałby wiele do powiedzenia na ich temat i na nasz, jako rodziców.

Napisałam aż tyle i mogłabym jeszcze więcej, ale tak naprawdę chciałabym tylko jedno:

Nie oceniaj.

/ Jest taki portal dla twórców, gdzie można wspierać ich w pracy. Mnie akurat w pisaniu. Jeśli chcesz, zostawiam namiar: Buy Coffee To. /