Biała

Zawsze będę biała. Kiedyś myślałam, że z czasem stanę się osobą stąd. Kiedyś myślałam o domu, który nie ma murów i zabezpieczeń. O miejscu, gdzie każdy może przyjść. Kiedyś wyobrażałam sobie siebie na podwórzu, jak inne Mozambijki, otoczoną ludźmi. Dziś mieszkam w domu z wysokim murem, żeby dzieci mogły bezpiecznie same bawić się na dworzu. Dziś do naszego domu wchodzi ten, kogo lepiej znamy. Dziś najwiecej czasu spędzam wewnątrz. Tu odpoczywają mi ręce i głowa.

Nie boję się chodzić sama ulicami, ale tego nie robię. Nie lubię, gdy ktoś nieustannie mnie zaczepia, pokazując ruchem ręki, że jest głodny lub że chce pieniędzy. Czasem również nahalnie pociągając za ubranie. Czy ktokolwiek zachowuje się tak w stosunku do mojego męża? Nie. Biały to ten, który dużo ma – tak jest tu, w Mozambiku. Biały to ten, który często reaguje dawaniem, zobligowany wewnętrznym poczuciem, że jednak przecież posiada więcej.

I o ile samo dawanie jest przecież bardzo dobre, to jednak niemądre dawanie może utrwalać szkodliwe zjawiska. Na przykład żebractwo. Może utwierdzać kolejne pokolenie w przekonaniu, że biały zawsze ma, zawsze da i nie ma co się wysilać. Widuję to zwłaszcza w kulturze, która tworzy się wokół zachodnich organizacji pomocowych. Miejscowi wierzą, że tam właśnie otrzymają pomoc, jeśli tylko uda im się dostać do odpowiedniej osoby i udowodnić swój brak. I bardzo często jest to cały ich pomysł na życie.

Lubię oglądać profile podróżników, którzy pojawiają się w Afryce na chwilę i doświadczają lokalnego życia. Na targowiskach, w barach, na plażach. Ja też mam takie doświadczenia. To też było dla mnie egzotyczne i ekscytujące. Ale z czasem, gdy się tu zamieszka jako biały, trzeba liczyć się i z inną rzeczywistością.

Z rabunkami domów. Bo o tym, co znajduje się we wnętrzu domu białego człowieka miejscowi mają wyobrażenia. My nie mamy nawet telewizora, gdzie dla przeciętnego Mozambijczyka telewizor, postawiony choćby przy glinianej ścianie, jest oczywistością i skarbem. Nie mamy sprzętu grającego, ale gdy przeprowadzaliśmy bardzo młodego Mozambijczyka, który tylko czasem gdzieś popracuje, miał ze sobą całe studio. A ja wciąż pamiętam wielki pusty dom, który często mijaliśmy podczas spacerów w jednym z miejsc, gdzie mieszkaliśmy. I historię o tym, że kiedyś mieszkał tu biały, który został zamordowany. Zresztą to nie jedyna, którą znam.

Całą osobną opowieścią (którą pewnie kiedyś tu opowiem) są w Mozambiku czary, które mogą bardzo realnie wpływać na życie ludzi, jeśli nie znają Chrystusa i Jego mocy. Ale i wówczas niejednokrotnie nie pozostają oni na nie obojętni, dlatego trzeba być rozsądnym.

Co jakiś czas słyszy się też o porwaniach dzieci obcokrajowców dla okupu.

W urzędach najprostsza sprawa staje się problemem. Nagle pojawiają się dodatkowe opłaty, konieczne do dostarczenia dokumenty, o których nie było mowy nigdy wcześniej. I ciągłe odwlekanie sprawy. Ale jeśli chce się tu być, chce się zostać, trzeba zacisnąć zęby i czekać. Trochę to opowieść o pieniądzach. Trochę o władzy.

Długo też zastanawiałam się, czy kiedykolwiek będę w stanie zaprzyjaźnić się z Mozambijką. (Jako że zdecydowanie udało mi się z Mozambijczykiem!) Ale do tej pory nie nawiązałam tutaj żadnej bliższej relacji. Pamiętam jak kiedyś powiedziałam mężowi, by zaprosił do nas żonę swojego kolegi. Przyszła z małym synkiem, trochę młodszym niż Jo. Wyobrażałam sobie, że usiądziemy, porozmawiamy, dzieci się pobawią. Tymczasem rozmowa była zupełnie niemożliwa, bo ja próbowałam nawiązać konwersację o dzieciach i różnicach kulturowych, ona nie próbowała w ogóle, odpowiadając zdawkowo. Aż w końcu położyła się na macie i zasnęła. Nie było między nami żadnego porozumienia. A przecież znałam ją wcześniej i wiem, że jest wygadana. Tyle, że nie ze mną.

Zapytałam więc B., Amerykanki, która meszka w Mozambiku od ponad dwudziestu lat i pracuje bardzo blisko z lokalną społecznością, czy udało jej się kiedykolwiek z kimś stąd zaprzyjaźnić. Powiedziała, że ma dwie najbliższe osoby, ale nie może nazwać tego przyjaźnią w naszym rozumieniu tego słowa. Owszem, często rozmawiają na wiele tematów, ale są też takie, których nigdy nie poruszają. Wie też, że o pewnych rzeczach one dwie rozmawiają między sobą, ale nigdy nie mówią tego jej.

W tej przyjaźni jest też niestety aspekt braku i jego zaspokajania. Czy ktoś naprawdę cię lubi, a może tylko czegoś od ciebie chce? I z tym niestety mierzy się również mój mąż, który poślubił białą, a więc w oczach Mozambijczyków jest bogaty. (Och, jak ja bym chciała, by oni się nie mylili co do naszych pieniędzy!) Dlatego T. nie rozpowiada, że jego żona jest biała. Gdy dzwoni do mnie, a jest w otoczeniu obcych osób, mówi po portugalsku.

No i jeszcze zakupy! Robię je tylko w sklepach, gdzie ceny widnieją na/przy produktach. Na targu kupuje Tony, dla niego ceny są niższe. Gdy ktoś zupełnie obcy przychodzi naprawić samochód lub coś w domu, staramy się w miarę możliwości nie pokazywać (ja i dzieci), żeby cena za usługę nie wzrosła dwukrotnie.

Dlatego nie mam już złudzeń, zawsze będę tu biała. Nawet gdy pokażę mozambijski dowód osobisty. Ta przepaść jest w głowach.

To też jest oblicze misji. Takie, o którym mówi się rzadziej i ciszej. Takie, którego nie doświadczy się podczas podróży misyjnych. Albo, nie zauważy dotkliwie. Dopiero wtedy, gdy się gdzieś zamieszka. Nie w murach organizacji, ale wśród miejscowej ludności.

To też jest oblicze misji. Sprawa, z którą trzeba coś zrobić, odnieść się do niej w sobie. Nie pozwolić, by kierował nami strach lub zranienie. (Bo być tak traktowaną też boli.) Znaleźć swój sposób na kochanie drugiego człowieka. Nawet, gdy już zawsze będzie się białym.

/ Jeśli chcesz wspierać mnie w pisaniu, możesz postawić mi wirtualną kawę na Buy Coffee To. Dziękuję! /