Dziewczyny z lepszym jutrem

Marzy, żeby wrócić do Afryki i założyć dom dla sierot. Ale to kiedyś. Dziś chce się jeszcze cieszyć spełnionym marzeniem z dzieciństwa. Jest w Europie, wśród białych. Opowiedziała mi o tym któregoś lipcowego wieczora w agencji towarzyskiej, w przygranicznym czeskim miasteczku na granicy z Austrią. Tamtego dnia spotkałam jeszcze osiemdziesiąt innych prostytutek.

Nie lubię tak o nich mówić. Nie pasuje mi też hiperpoprawne – pracownica seksualna, a już na pewno nie zgadzam się na synonimy obraźliwe. Nie lubię tych słów, bo każde zamyka je w schematach, w których z taką łatwością funkcjonuje społeczeństwo. A one są zwyczajnymi dziewczynami. Z jakąś historią, tak samo jak każdy z nas. W miejscu, gdzie trafiły w wyniku okoliczności, doświadczeń i dokonywanych wyborów. Są kobietami, którym należy się szacunek.

Ama nie ma jeszcze dwudziestu lat. Pytam o jej marzenia. Tak jak każda z dziewczyn tamtego wieczora chce żyć w innym lepszym świecie. Kiedyś.

– Pewnie! – ożywia się. – Człowiek bez marzeń byłby nikim. Każdy z nas widzi się w przyszłości jako ktoś, kto ma znaczenie. Ja też chcę być ważna i zrobić coś dla innych.

Tą myślą rozpoczyna opowieść o powrocie do Afryki i pomaganiu dzieciom, które nie mają rodziców. Już wie, że marzenia się spełniają. W końcu mieszka wśród białych. Wyobrażała to sobie już jako mała dziewczynka. Zdaje się zupełnie nie zwracać uwagi na fakt, że znalazła się w przydrożnym czeskim klubie, który w rzeczywistości jest agencją towarzyską. Mówi mi, że wieczorami czyta Biblię. Najbardziej lubi muzykę Gospel, sama zresztą też śpiewa. Jeszcze podczas rozmowy zjada wszystkie słodycze, które od nas dostała.

Przerywa nam szef. To jej kolej na taniec przy rurze. Na tej podstawie klienci wybierają dziewczyny. Ama tańczy od niechcenia. Cieszy się i stara dopiero, gdy zwracamy na nią uwagę i bijemy brawo.

Kiedy czekam na Amę, mam czas, żeby się rozejrzeć. W klubie jest dziewiętnaście innych dziewczyn. Większość mieszka na miejscu. Wszystkie półnagie w horrendalnie wysokich obcasach. Gdy siedzą w oczekiwaniu na klienta, zdejmują buty, żeby nogi mogły odpocząć. Jak w domu. Na wielkich ekranach wyświetlane są filmy pornograficzne. W pomieszczeniu obok odbywa się nerwowa narada alfonsów, bo interes w okolicy nie idzie dobrze. Ale o tym dowiem się dopiero po wyjściu. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to jedna wielka szczęśliwa rodzina. Ale kontrast złudnej sielanki z rzeczywistością sprawia jeszcze większy ból. W kolejnych rozmowach dowiaduję się o kolejnych tragediach. W tamtym klubie jest ich dwadzieścia. Tyle samo, co dziewczyn. Na pożegnanie Ama ściska mnie mocno, może któregoś dnia spotkamy się w Afryce. Dlatego postanawiam sobie powtarzać w pamięci jej twarz.

Tego wieczora poznaję też Nirinę, która ma trójkę dorosłych dzieci. Najstarsza córka prowadzi swój biznes na Ukrainie, który się nie kręci. Nirina chce dorobić, żeby pomóc córce i pozostałym dzieciom. Jasna ma kredyt hipoteczny. Marija przyjeżdża już od czterech lat, na kilka miesięcy. W tym czasie jej dziesięcioletni synek mieszka z babcią. Julija chciała być aktorką. Nawet grała w kilku filmach. W końcu trafiła tutaj. Wie, że nie może wrócić, prędzej czy później ktoś by ją rozpoznał.

Po kilkunastu rozmowach historie zaczynają się mieszać, tak samo jak twarze i imiona. Bardzo staram się je zapamiętać, ale to niemożliwe. Schemat jest zawsze ten sam: w takie miejsca trafiają kobiety złamane przez okoliczności. Niektóre z nich wiedziały na co się decydują, inne zostały oszukane. Jedne mogą po prostu wyjść i nigdy nie wrócić, inne muszą spłacić dług. To nasza rola, by je rozróżnić. Przez ostatnie siedem lat słyszałam dziesiątki takich historii. Po raz kolejny przekonuję się, jak łatwo skwitować człowieka. Dobrze wiem, że kobiety, które stają się ofiarami handlu ludźmi mają przeszłość, która tylko stworzyła sprzyjające dla handlu podłoże. Tak samo – kobieta pracuje jako prostytutka z powodu tego, co zdarzyło się wcześniej. Nauczyłam się już dawno, żeby nie oceniać postępowania drugiego człowieka, jeśli nie byłam na jego miejscu.

Pojechałam tam, by uczyć się wchodzić w miejsca niedostępne. Dla mnie to przywilej. I chcę więcej. Spotykać się z nimi i je kochać. Poprzez szacunek i uwagę, poświęcony czas i wspólny śmiech. Rozpoznawanie ich potrzeb i odpowiadanie na nie. Głoszenie Ewangelii bez słów i słowami. Wiem, że Jezus też lubił takie spotkania. W końcu przyszedł do tych, którzy Go potrzebowali. Dziś też przychodzi, właśnie przez nas.

Leave a Reply