Ja-Mama

Kilka tygodni po porodzie wyciągnęłam z kosmetyczki niewielkie drewniane pudełeczka. Jedno przedstawia dwie gęsi z niebieskimi kokardami przewiązanymi na ich szyjach. Drugie nagą Łuczniczkę – pomnik z Bydgoszczy. Wożę w nich od lat kilka ładnych rzeczy, których nie chcę zostawiać w Mozambiku, gdy lecę do Polski ani w Polsce, gdy lecę do Mozambiku. To nic takiego. Kilka błyskotek, które lubię zakładać, gdy mam w sobie przestrzeń na ładne. To dla mnie ważne, bo gdy do nich sięgam, to znak. Jest względny spokój. Nie biegnę na zbicie kolan przez życie.

Więc było to kilka tygodni po porodzie, gdy po nie sięgnęłam. Zmieniłam kolczyki, które nosiłam bez przerwy jeszcze w Mozambiku. Dodałam jeden pierścionek z koralików Toho, który zrobiłam sobie w Afryce. Założyłam też obrączkę i pierścionek zaręczynowy, które pod koniec ciąży nie pasowały na opuchnięte palce. I zaczęłam planować dni. To też znak. Znak przestrzeni we mnie. Wypoczętej głowy.

Jakie to jest dobre w człowieku, że choć zajętość dnia go przytłacza, to w środku jednak tworzy się jakieś miejsce. Gromadzą się zasoby na nowe. Tak jakby w tle, bez udziału naszej świadomości. Człowiek staje się bardziej obszerny gdzieniegdzie, by wkrótce dać się czymś, już świadomie, zapełnić. 

Bardzo chciałam być dla siebie w połogu dobra. Iść powoli w tym nowym liczebnym układzie.

Bo co też ta ciąża robi z naszymi ciałami! Jak je używa i zmienia bezpowrotnie. Jak je rozregulowuje. Jak obciąża. I choć to wszystko ku dobremu i pięknemu – nowemu człowiekowi, to jednak praca samego ciała jest ogromna. I duszy, która tak czuła na ciało, też. Duszy, która się troska. Dba. O domowników i o przyszłe sprawy. Obejmuje dziś i mimowolnie stara się też objąć jutro tych wszystkich małych ludzi, którym dała życie.

Napisałam ten tekst właśnie wtedy. Wtedy, gdy sięgnęłam po owe pudełka. I miał ciągnąć się dalej. Być o kolejnych trudnościach i wewnętrznych macierzyńskich rozterkach. Ale minął czas, a z nich nie pozostało nic. Nie tylko, że już nie są aktualne. Nie ma ich nawet w mojej pamięci. Ani w notatkach. Ktoś kiedyś powiedział, że niezapamiętane nie istnieje. Że widocznie nie jest wystarczające ważne, by nieść to dalej. Idę więc bez tego.

Trzeci synek wszedł w nasze życie naturalnie i naturalnie w nim pozostaje. Bez jakichś wielkich obciążeń i strachów. Jest mi z tą trójeczką dobrze. Jakaś moja osobista pełnia jest w tej liczbie. I tak sobie myślę w kontekście powrotów do Ani (na które mam wiele sił w ostatnim czasie), że choć tak bardzo dążyłam do jej odrębności, to jednak…

Kilka tygodni temu wpadłam przypadkiem na moją nauczycielkę języka polskiego z liceum. Przemiłe spotkanie po wielu latach. I na przelotne „co u mnie” miałam jedną, integralną, odpowiedź: mąż, trójka synów, Afryka i książki, które czekają na dokończenie. I nagle wypowiadając to, poczułam się bardzo dumna. Z synów. Z samego ich istnienia. Z bycia matką. A więc chyba już do odrębności zupełnej powrotu nie ma. I chyba już mi jej nie potrzeba. Nie takiej, jak to ją wcześniej zdefiniowałam.

Oczywiście, chcę Ani więcej w codzienności. Ale już nie takiej tylko dla niej samej. Bo jak zapytała mnie jakiś czas temu pewna kobieta: czy pani dzieci znają mamę, czy mamę-Anię? I chyba w tej mojej życiowej transformacji Anię sama w macierzyństwie zaniedbałam. Odłożyłam na później, jakby nawet jej wrażliwość nie mogła być aktywna przy codziennych obowiązkach. A potem, pusta, zaczęłam jej gorączkowo szukać.

Oczywiście, Ania potrzebuje, by dbać o nią odrębną. Ale jej sens już nigdy odrębny nie będzie. I nie jest to powód do żałoby. Jest to powód nowej ekscytacji.

Ruszamy więc w piątkę do Mozambiku. Z planami i gotowi na nie-plany, jako że Afryka ma ich dla nas zawsze wiele. Wdzięczni za łaskę, która dzięki wierze umożliwia, co nie do pomyślenia.

Mamy, modlę o odnalezienie siebie-mamy w każdej z nas. ❤️

• Jeśli chcesz mnie wesprzeć w pisaniu, możesz to zrobić poprzez platformę Suppi. Dziękuję za każde wsparcie! •