Gdy byliśmy tam po raz pierwszy, droga dłużyła się i była nużąca. To pewnie zmęczenie tamtego dnia. A może trochę zachwyt nowym miejscem i jego szczegóły, które co chwilę mnie zatrzymywały. Zostawiliśmy samochód na czerwonej ziemi, przeoranej głębokimi wyrwami, utworzonymi przez spływającą podczas deszczu wodę. I dalej już szliśmy. Wzdłuż ceglanego muru bazy dużej zachodniej organizacji. Pierwszy raz w moim mozambijskim świecie widziałam tyle cegieł i poczułam się nieco jak w Europie. A na odległym zakręcie czekał na nas rozległy widok doliny przeciętej rzeką, gdzie baobaby chylące się nad jej brzegiem wyglądały jak niepozorne drzewka. Mój mąż, który spędził całe dzieciństwo i wczesną młodość w Pembie, nigdy wcześniej tutaj nie był. Za zakrętem krótka droga i znów rozpostarł się przed nami obszerny widok na bujną roślinność, liczne baobaby i ocean. W miejscu, gdzie kończyła się ścieżka, tuż nad skarpą, stał dom. To właśnie do niego przyszliśmy. Do nich.
Mama i sześcioro dzieci. Najstarsze siedemnaście lat, najmłodsze mniej niż rok. Żadne z nich nigdy nie skończyło nawet pierwszej klasy podstawówki. Wiele lat temu przeprowadzili się do Pemby z wioski. Wtedy jeszcze był z nimi mąż i tata. Ale niedawno umarł. A dom całkowicie zniszczył ostatni cyklon.
Została ona i sześcioro dzieci. Bez pracy. Bez perspektyw. Z tym, co wyrośnie z ziemi i zapełni brzuchy. Jeśli zapełni. Jak surowe ziarna mapiry (sorgo), którymi nas poczęstowała. Jest i część nowego domu, który dzięki pomocy innych udało się zacząć odbudowywać.
Stanęłam na skraju podwórka, które spada ostro w dół – najpierw przechodzi w ich małą chaotyczną farmę, a potem w busz. Pomyślałam, ile w Polsce trzeba by było zapłacić za ziemię z takim widokiem. I jak bardzo to jest nieważne tu, bo jednak widok nie karmi i nie zapewnia żadnej przyszłości. Tylko jest. Taki z oceanem lub z rozpadającą się ściana domu sąsiada – bez różnicy. Bez znaczenia do przetrwania. A ile trzeba mieć, by widok zaczął cieszyć? Podejrzewam (choć przecież zupełnie nie wiem), że granica jest gdzieś blisko sytości. Takiej zwyczajniej. Żadna to przenośnia. Granicą jest najedzone ciało. Ale i znów, ma tu znaczenie kultura. Bo któż tu kupuje ziemię i stawia dom na niej dla widoków?
Ale ona. I szóstka dzieci. W dość dużym mieście ze szkołami, urzędami, szpitalem, przychodniami, lotniskiem, portem, fabrykami i wielkimi biznesami opartymi o surowce naturalne. A oni jakby wciąż żyli w tym buszu, z którego się wyprowadzili lata temu. I to pytanie, które dręczy: co można dla nich zrobić, żeby to miało sens?
Można przynieść jedzenie, które starczy na jakiś czas. To dobre. Ale przecież nie da się karmić tej rodziny do końca ich życia. Nie o to w pomaganiu chodzi, by kogoś od siebie uzależniać. Można pomóc odbudować dom. To dobre. Można pomóc w znalezieniu pracy mamie. Dzieci w Mozambiku zajmują się sobą nawzajem, więc te starsze zostaną z młodszymi. Ale każda praca wymagać będzie dochodzenia lub dojeżdżania, a kto wtedy zadba o farmę? I czy my naprawdę jesteśmy w stanie zrobić to lepiej niż ona sama, jeśli zechce? Dzieci do szkoły? Szkoła jest daleko. Czy w ogóle one w niej wytrwają, gdy w domu jest siedemnastoletnie dziecko i nigdy nie było nawet pomysłu, by posłać je do szkoły? Przecież nie da się przeprowadzić szóstki czyichś dzieci przez dziesięć czy dwanaście klas. Zachęcać ich, trwać przy nich. Zwłaszcza z daleka. Jak więc pomóc? A może to wystarczy, by przyjść? Pomodlić się? Wysłuchać opowieści. Zrobić, co się da teraz. I pozwolić im żyć po swojemu. Gdzieś niby w Pembie, ale bardziej w buszu. Prosto. Żywić się tym, co wyrośnie. Bo najważniejsze już mają – Jezusa. I tam, i tak, mogą się zajmować poszerzaniem Jego Królestwa.
Ostatni tydzień odwiedzin w Pembie przyniósł mi więc kolejne pytania. I jeszcze więcej pytań. Czytałam książki dzieciom, które nie wiedziały, co to tygrys. Bo nie widziały go w żadnej książce. Bo nie mają książek. Ani w telewizorze. Bo nie mają telewizora. Rozumiem. Ale obok, dziesięć minut pieszo od ich domów, mają ocean, gdzie od czasu do czas wyłaniają się wieloryby. Po ten widok wielorybów przyjeżdżają tu czasem biali. Ale te dzieci nie wiedzą ani co to wieloryb, ani że one tam obok nich są. Nie że wszystkie, te akurat, którym czytałam. Które znów, z głębokiego buszu na północy Mozambiku, zamieszkały w Pembie. Bo można żyć na tym samym świecie i ten świat widzieć zupełnie inaczej. I tak różne rzeczy o nim wiedzieć. O tym tu, na wyciągnięcie ręki. To rodzi moje pytanie: Jak dużo ja wiem o tym, w którym teraz żyję? I czy naprawdę potrafię w nim pomagać? Mogę tylko próbować i się mylić. Uczyć na błędach i jeszcze raz robić najlepsze według swojego sumienia.
Bo kto powiedział, że my, biali, jesteśmy tu w ogóle potrzebni?
Choć przecież widziałam poruszone serca. Chodzenie, które po modlitwie było znacznie łatwiejsze niż przed. Wyprostowane plecy. Lżejszy ból. Jedno życie powierzone Jezusowi. I to, czego zliczyć nie mogę, bo nikt mi o tym nie powiedział albo tego nie dostrzegłam. I to, co On zaczął i będzie Sam kontynuował.
On powiedział. Akurat nam. Przedziwne są te drogi, którymi śle nas Bóg. Można pytać o sens. Ale najlepiej po prostu nimi chodzić.
Mam nadzieję, że moje teksty zostawiają coś w tobie. Choćby zatrzymanie. Choćby jedno pytanie. Jeśli zechcesz, możesz postawić mi wirtualną kawę, abym mogła dalej wkładać wysiłek w pisanie i rozwijać się w tym kierunku. Dziękuję! Link do platformy Buy Coffee To. /
