Lubię być mamą

Nie przepadam za dziećmi. Nie jestem typem, co to przychodzi w gości i od razu bierze na ręce malucha. Nie jest w mojej naturze usiąść z nieznajomymi przedszkolakami i czytać im książki. Od zawsze wkurzali mnie mali chłopcy, którzy celowo przedrzeźniali i lubowali się w mojej irytacji.

A jednak najbardziej na świecie lubię być mamą. Mamą moich trzech chłopaków, za którymi przepadam.

Pisząc o tym wciąż myślę, czy to pełna prawda. Bo akurat Józio jeździ rowerem i umyślnie hamuje za późno, by uderzyć w bramę i symulować upadek. A potem jęczy, jaki to on obolały. Wielka metalowa brama co rusz huczy, co z kolei budzi Dawidka, którego próbuję uśpić w wózku na dworze. By móc pisać.

A jednak myślę, że bardzo lubię być mamą. Bo to lubienie nie może zasadzać się przecież na zachowaniu dzieci. Jeśli by miało, któż by lubił.

Często tu opowiadam, jak trudno. Jak to wszystko w nas, mamach zostaje dotknięte, poruszone, ujawnione. I że nas same to odkryte zadziwia. Mnie przynajmniej wciąż.

Ale lubię być mamą. Oczywiście wtedy przychodzi mi to najłatwiej, gdy bawimy się razem i nikt nie krzyczy ani się nie bije. Albo wtedy, gdy przed snem dziękujemy Bogu za dobre rzeczy, które nas spotkały. Również, gdy widzę jak Józio sam czyta książki. Franio pyta, jak się czuję i mnie przytula. Dawidek wdrapuje się na mnie i mocno ściska.

W ciszy i poukładaniu.

Zdarza mi się jednak utknąć w nieradości. Wtedy, gdy chaos przejmuje stery w domu. Gdy prawie każdy ma swój humor, a ja mam być regulatorem, jeśli sama chcę pozostać we względnej przytomności zmysłów.

I wtedy potrafię zapomnieć, że lubię. Że lubię być mamą. 

Wrzeszczącego Franka, bo Józek właśnie walnął go w plecy, bo Franek przed chwilą usiadł na Dawidku. Obrażonego Józka, bo pozwoliłam Frankowi bawić się czymś, na co miał ochotę Józek. Nieodkładanego Dawida, bo dziś dzień jest zdecydowanie maminy.

Zdarza mi się nie widzieć wówczas, że ich dzikość jest przejawem wolności. Że właśnie tak uczą się świata, siebie nawzajem i siebie samych.

A gdy już ochłonę i spojrzę na nich z dystansu, smutno mi. Smutno, że przez chwilę nie lubiłam. Nie lubiłam być mamą.

Czasem myślę, jak to by było bez nich. I nie widzę niczego.

Marzyłam o domu, w którym wszyscy siadamy przy stole, razem jemy i rozmawiamy. O wspólnych popołudniach na kanapie, przy książkach. O wyjazdach, podczas których razem poodkrywamy świat.

Mam to. Jednak znacznie bardziej złożone.

Bo przecież za każdym posiłkiem jest ktoś, kto nie chce jeść. Za każdym polegiwaniem na kanapie jest kłótnia, gdzie kto siedzi albo jaką weźmie książkę. Za każdą podróżą tysiąc wizyt w toalecie lub krzakach i mnóstwo zasikanych majtek, które wozi się w woreczkach strunowych. Przynajmniej teraz tak jest, gdy wciąż jeszcze mali.

“Oto dzieci są dziedzictwem PANA, Podarunkiem jest owoc łona!” ‭‭Psalmy‬ ‭127‬:‭3‬ ‭SNP‬‬

Lubię ten werset za jego pewność: dzieci są darem. Ale kiedy czytam cały psalm, widzę w nim coś jeszcze: że nasze wysiłki nie są tym, co ostatecznie niesie dom. Możemy się starać, a powodzenie i tak pozostaje w Jego rękach. Tak jest lepiej.

Choć już bardzo długo tego nie robiłam, wczoraj zjadłam całą czekoladę. Na moje nieszczęście była w lodówce. Tak zdarza mi się regulować rozregulowany dom. Nie jestem z tego dumna, jestem w tym wyrozumiała dla siebie.

Bo być mamą to są emocjonalne trzy etaty. I czasem trudno pozostać obecną tak, by zapewnić wszystko, czego akurat każdemu potrzeba. Częściej zdarza mi się po prostu być obecną. 

Ale jestem. I najbardziej na świecie lubię być mamą.

PS. Daj znać, czy Ty lubisz być mamą. I czy w tym „lubię” też masz jakieś szarości?

/ Cieszę się, że doczytałaś/-eś do końca! Jeśli zechcesz, możesz mnie wesprzeć w pisaniu poprzez platformę Suppi. Dzięki! /