Napisałam o nim w liście na koniec 2023 roku. Dziś stoję na progu drzwi do niego i rozumiem więcej, choć przecież jeszcze nic.
Miejsce. Takie, o jakim marzyliśmy. Jakie On wymarzył we mnie. Nieprzygotowane pod względem naszych standardów. Z nierównymi ścianami i licznymi dziurami. Z obdrapanymi brudnymi ścianami. Z żarówką, która zwisa naga nad drzwiami.
Nie dlatego, że w Mozambiku wszystko takie jest. Ale dlatego, że spotkać z Nim można się wszędzie, bez względu na warunki. Z naszego zachodniego kościoła ma lampki zawieszone na pozostałościach sznurków po moskitierze i na kilku samotnych krzywo wbitych gwoździach. Są też cztery stare krzesła i mata z trawy.
I naprawdę lubię, że takie jest. Że nie musiałam odkładać pieniędzy, by je przygotować. Że nie musiałam czekać na zachodnią doskonałość. To oczyszcza. Z naszego myślenia o minimum przyzwoitości w przestrzeni. O standardzie, którego potrzeba, by razem do Niego zawołać.
A ja naprawdę lubię, że takie jest. Bo nic nie przyciąga tam naszej uwagi oprócz Niego samego.
Co to za Miejsce? Napisałam wtedy tak:
“Chcę, by w domku obok nas, który również wynajmujemy, powstał pewien pokój. Pokój na spotkania z Jezusem. Spotkania samotne, dla nas. Spotkania razem. Spotkania z tymi, którzy chcą przyjść, choć nawet Jezusa nie znają. Miejsce, w którym będzie przestrzeń do dzielenia się o Nim i spotykania się z Nim bez zgiełku codzienności. Również miejsce na nauczanie Jego Słowa, gdy będą chętni, by chodzić za Nim. Miejsce na modlitwę o siebie nawzajem.
Miejsce.
(def. SJP: „przestrzeń, którą można czymś zająć lub zapełnić”)
Miejsce.
W nas i w innych. Z decyzji. Wybrane. Oddzielone. Niech On je zajmie. Zapełni.
Miejsce.”
Było gotowe już dawno temu, ale nieużywane. Byłam zajęta. Byciem mamą. Nagłymi zdarzeniami. Zmęczonym ciałem. Pisaniem. Dobrymi, ale innymi sprawami. Nie zrobiłam w ciągu dnia czasu na nie. Nie zrobiłam w sobie miejsca na Miejsce.
Aż przyjechali oni. Ktoś z zewnątrz, kto ma przestrzeń na Niego. Kto ma ją w zwyczaju. W nawyku. Kto też ma jej fizycznie więcej. I kto do znalezienia tej przestrzeni w naszym rodzinnym życiu nas zmobilizował. Nie słowami. Nie planem. Przykładem.
I choć wizja i Jego słowo rosło we mnie tak długo, to jednak sam zapłon do czynu początku odbył się przy pomocy drugiego człowieka. Ludzi, których Bóg wysłał z odległego kontynentu do Mozambiku, w innym przecież celu. A może i w tym także.
Gdy myślę o Miejscu, widzę, że Bóg zaczął je we mnie znacznie wcześniej. Zanim w ogóle tak je nazwał. Zanim w ogóle ja znalazłam w sobie na nie słowa. To było wtedy, gdy w wizji pokazał mi port i kontener, do którego wrzucano kobiety, jak worki. Wiedziałam, że właśnie dzieje się handel ludźmi. Chciałam tam biec, coś zrobić. Użyć rąk. Choć jak, nie miałam pojęcia. Ale Bóg wskazał mi coś innego – zwierzchność obok, która sterowała całym zdarzeniem. I wtedy zobaczyłam siebie, która walczy mieczem Słowa ze zwierzchnością. A kobiety były uwalniane, jedna po drugiej, przez kogoś innego.
Tak Bóg, który przez jakiś już czas wtedy objawiał mi duchową stronę handlu ludźmi, pokazał mi moją dalszą rolę – wstawiennictwo.
Czasem słowo do nas przez Niego powiedziane, zanim stanie się ciałem, musi rosnąć długo, w nas. Kształtować się. Wzbierać. Doszczegóławiać. Czasem z naszej winy, gotowe, czeka. Czasem Bóg musi zainterweniować drugim człowiekiem albo innym swoim sposobem. Czasem nosimy słowo latami. A potem ot tak, jakby nigdy nic (a przecież po latach niewidocznej pracy w nas) – staje się. I dzieje się.
Dziś, codziennie rano, staję na progu drzwi do Miejsca i rozumiem więcej, szerzej, choć przecież jeszcze nic. I nie mogę się doczekać, by zobaczyć wszystko, co z tego Miejsca wyrośnie – z Ducha do rzeczywistości.
/ Dziękuję Ci, że czytasz, co pisuję. Jeśli w jakiś sposób cię to dotyka i chciał_byś umożliwić mi dalsze dzielenie się słowami, możesz postawić mi wirtualną kawę na portalu Buy Coffee To. Dzięki temu mogę pisać dalej i rosnąć w tym, do czego zamyślił mnie Bóg. /
