Mury

Podjęłam decyzję, że już nigdy nie będę kochać. Wydawało mi się to wówczas najmądrzejszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem. I nie dotyczyło tylko mężczyzny. Dotyczyło każdego możliwego zaangażowania. Zdecydowałam, że już nigdzie nie oddam swojego serca. Nie otworzę go na nikogo i na nic. Będę tylko w połowie, tylko na zewnątrz. W ten sposób miałam oszczędzić sobie bólu.

Nie chciałam przechodzić przez to jeszcze raz. Przez poranki, w których ze straty brakowało mi oddechu. Przez krótką przyszłość, która sięgała najwyżej do jutra. Przez nagłe napady rozpaczy w czyjejś uporczywej nieobecności. I przez poczucie bezsensu. Puste i długie dni, które nie chciały się kończyć. Przez poczucie obcości, którym nasiąkły moje najbliższe relacje, bo poróżniły nas doświadczenie i niedoświadczenie straty.

To było w 2011 roku, kiedy umarł T. Wówczas mój narzeczony. I ciągnęło się jeszcze z półtorej roku. Wracam do tego zdarzenia od czasu do czasu, by dobrze pamiętać, co w moim życiu później zrobił Bóg. I po to, by przynieść choćby jedno utulenie, jeden lżejszy oddech komuś, kto dziś zmaga się ze swoją stratą.

Podjęłam decyzję, że już nigdy nie będę kochać. Wydawało mi się to wówczas najmądrzejszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem. W rzeczywistości wynikało ze strachu. Było unikiem. Reakcją obronną. Próbą zabezpieczenia się. Nie ma kochania, nie ma bólu.

Ale żyłam dalej i pozwalałam Bogu mnie uzdrawiać. Aż po nasze spotkanie na samym początku 2014 roku, kiedy przyszedł do mnie i mojego bezsensu i dał nową przyszłość. (Dzieliłam się tą historią wielokrotnie, można ją znaleźć w moim darmowym e-booku “Chodzę za Nim”.) Aż po Jego objawienie we mnie, że uzdrawia do końca, czyli że strata może przestać boleć. (Również znajdziesz to świadectwo w e-booku.)

Ale ani zupełne uzdrowienie, ani brak bólu nie oznaczały, że byłam gotowa kochać. Gdy Bóg zaczął odkrywać przede mną kolejne marzenia związane z docieraniem do ludzi i przynoszeniem im Jego miłości, okazało się, że nie mogę tego robić. Nie mogę, bo przez ostatnie długie miesiące wznosiłam wokół mojego serca mur, który miał mnie pozornie chronić. W rezultacie zamknął mnie na innych i spowodował zgorzknienie. Nie umiałam kochać, bo ten sam mur spowodował, że nie mogłam przyjmować Bożej miłości do mnie, z której przelewu właśnie kochać mogę.

Wszystko zaczyna się w osi On-my. “My go miłujemy, ponieważ on pierwszy nas umiłował.” (I Jana‬ ‭4‬:‭19‬ ‭UBG‬‬) Wszystko dla nas i dla tych, których On chce dosięgnąć. “Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my powinniśmy się wzajemnie miłować.” (I Jana‬ ‭4‬:‭11‬ ‭UBG‬‬)

Podjęłam decyzję, że nie chcę przeoczyć Jego miłości do mnie. Nie chcę przeoczyć nikogo, do kogo On mnie posyła. Podjęłam decyzję, że rozbiorę mur. I podejmę znów ryzyko kochania i straty. Kochania i bólu.

Nie jest łatwo zmiękczać serce, które pieczołowicie i konsekwentnie okładało się sarkazmem, obojętnością, niedowiarstwem i dystansem. To zajmuje czas i uwagę. Reakcję po reakcji. Decyzję po decyzji. Aż po zmianę nawyku. Aż po zmianę paradygmatu. W pewnym sensie i na pewnym poziomie wciąż nad tym pracuję. Nad uważnością i współczuciem. W kraju, gdzie serce twardnieje od codziennego oglądania braku i cierpienia. Od pomocy odrzuconej lub niewykorzystanej tak, jakbyśmy tego oczekiwali.

Ale to ja dziś. Żona i mama. Wciąż uważam, że to szaleństwo tak kochać i tak się wiązać z ludźmi. Szaleństwo, w które jednak warto wejść. Ale to ja dziś. Mieszkam w Mozambiku i jestem tu dla innych. Samej mi niekoniecznie wygodnie z tego powodu, ale jednak warto.

Podjęłam decyzję, że już nigdy nie będę kochać. Zmieniłam zdanie.

/ Jeśli chcesz mnie wesprzeć jako twórcę, możesz postawić mi kawę na Buy Coffee To. Dziękuję za wszystkie! /