W moim życiu nawróciłam się dwa razy.
Po raz pierwszy jako nastolatka, która nie wiedziała, po co jest. Po raz drugi jako młoda dziewczyna, która już była pewna, że wie. Aż umarł jej narzeczony.
Bóg spotkał mnie w moich najciemniejszych dniach.
Z niepoprawnymi myślami. Bez sił na życie. Z pytaniami zamiast słów. Nie pasowałam do świata, który uporczywie trwał. Byłam bałaganem i rozpaczą. Było mi wszystko jedno. Byłam wściekła. Nie było na co czekać.
Pierwszy raz przyszedł, gdy miałam trzynaście lat.
Znalazł mnie między brakiem poczucia sensu, depresyjnymi wierszami, pustką, której zapełnienia szukałam w pasjach, strachami i niemiłością do siebie. Zgubioną. Nieszczęśliwą. W domu, w którym tata robi rano kanapki do szkoły, a mama kakao do śniadania.
Wiesz, po co jesteś? Czy dobrze ci? A strach o jutro, znasz?
Pierwszy raz opowiedział mi o Nim starszy brat. O Jezusie, który może być przyjacielem. Z którym można rozmawiać. Który zawsze jest blisko i odpowiada. Tamtego dnia Mu uwierzyłam. Uwierzyłam, że Jego śmierć i zmartwychwstanie nie odnosi się tylko do zbawienia i życia z Nim zawsze, ale po śmierci. Uwierzyłam, że On umarł i zmartwychwstał za naszą bliskość i relację teraz.
I zapragnęłam. Tylko Jego.
W jednej chwili odzyskałam poczucie sensu. Beznadzieja, którą codziennie nosiłam przy sobie, zniknęła. Ta pustka we mnie nie była brakiem osiągnięcia czegoś. Była miejscem dla Niego.
Drugi raz przyszedł, gdy miałam dwadzieścia sześć lat.
Mój narzeczony umarł dwa lata wcześniej. Jego śmierć obudziła mnie z chrześcijańskiej bajki, w którą ostatecznie sama uwierzyłam.
Znalazł mnie z bólem, który wciąż rwał serce na kawałki. Z nieprzyszłością i bezplanem. Z wątpliwościami co do Jego dobroci. Z pytaniami o chrześcijaństwo, na które nikt poza mną nie mógł dać odpowiedzi.
Czy przydarzyło ci się coś, co rozerwało twoje serce? Coś, czego wciąż nie rozumiesz? Co jest ponad siły człowieka?
Drugi raz przyszedł do mnie sam. Siedziałam w moim mieszkaniu, do którego wprowadziłam się miesiąc wcześniej. Pamiętam tylko jedną myśl: czy spędzę tu resztę mojego życia? Bez nadziei, bez celu? Chwilę później poczułam, jak z mojego wnętrza wypływają słowa modlitwy innymi językami – modlitwy, której sama nie rozumiałam, ale którą inspirował Duch Święty.
Pozwoliłam im płynąć. Krótko potem w moim sercu pojawiła się nadzieja. Przebłysk! Wracało życie. I pierwszy raz od dwóch i pół roku usłyszałam Boga. Mówił mi o dobrej przyszłości. Nagle ciemność wokół zniknęła, a pojawiła się rozległa przestrzeń.
I tak zostało. Ta lekkość w przychodzeniu do Niego. Bez żadnych postanowień, wydzielania czasu na nasze spotkania. Czytałam Biblię, a z każdego niemal wersetu przychodziło do mnie objawienie. Byłam zakochana. Byłam szczęśliwa. Znowu miałam przed sobą wiele dni. Ale teraz wystarczył mi On sam.
Nie wiem w jakim momencie życia jesteś, ale wiem, że któreś z wcześniejszych zdań poruszyło się w tobie. Bezpośrednio, gdy coś podobnego cię spotkało. Albo pośrednio, gdy przywołało wspomnienie lub kogoś na myśl. Albo choćby niezgodę na istnienie Boga. I każde z tych poruszeń jest w porządku.
Możesz z tym nie zrobić nic.
Albo tak. Zawołać do Niego.
Najlepsze w przychodzeniu do Boga jest to, że gdy się już spotkacie, nie da się temu zaprzeczyć. Bo podążanie za Jezusem to nie jest wybór światopoglądu, zestawu reguł, według których teraz będziesz żyć. Spotkanie z Jezusem jest doświadczeniem Boga, który cię ukochał. Po takim nie chce się już niczego innego, jak Jego.
Ale po co?
By żyć szczęśliwie. Nie bez trudności, ale szczęśliwie. Bo blisko Boga. Usprawiedliwiony/-a. Pełnia bez związku z tym, co nas spotyka.
I by po śmierci już zawsze być z Nim.
Jezus Chrystus umarł za mnie i za ciebie. Wszystkich kocha. Za każdym tęskni.
Nie wystarczy jednak o tym wiedzieć, by być zbawionym. Trzeba Mu odpowiedzieć. Uznać Go swoim Panem i Zbawicielem.
Potem nie chce się już niczego innego, jak Jego.
🖋️ Pisuję tu ludziom. Jeśli chcesz i możesz wesprzeć mnie jako twórcę, ale i misjonarkę, tu znajdziesz link do platformy Suppi. Dziękuję, że jesteś.
