Częściej niż bym chciała, boję się. O zdrowie dzieci. O to, kto z nich wyrośnie, bo ja nie zawsze radzę sobie z moimi emocjami. O ich bezpieczeństwo w Mozambiku. O to jak na nich wpłynie życie na dwóch krańcach świata – jakby po trochu. O swoje zdrowie, bo mnie potrzebują. O Tony’ego zdrowie, bo go potrzebujemy.
Mogłabym tak długo. Każdy by mógł. Wyliczać swoje strachy. Ale przecież nie o tym.
Kilka dni temu pod prysznicem wróciły do mnie niezapowiedzianie historie rodzinne. Złe. Zaraz lęk przełożył je na mało prawdopodobne scenariusze. Oddech się spłycił, a tętno wzrosło. Do równowagi przywrócił mnie miarowy długi oddech i odcięcie tych myśli. Skierowanie się ku Panu. Ale i tak wypuściłam z chwiejnych rąk talerz, gdy już spokojniejsza przenosiłam gofry z kuchni do jadalni.
To nie pierwszy taki przypadek w moim życiu. Ostatnie dwa lata to nawracające uporczywości ciała. Przebadanego na wskroś i zdrowego. Lekarze nie zdołali znaleźć nic. Wygląda to jak przewlekły stres.
Bóg mi już to pokazał jakiś czas temu. Że nie jestem chora. Jestem zamartwiona. I wtedy zaczęłam sobie przypominać.
O tym, jak to pytałam mamę po kilkanaście razy w ciągu dnia czy nic jej się nie stanie.
O tym, jak każda drobna dolegliwość od razu ciągnęła moje myśli w najtragiczniejsze rejony.
O tym, jak jeszcze w Pembie, narażonej na ataki terrorystyczne, wyobrażałam sobie przed snem grupę ludzi z maczetami wchodzącą do naszego domu nocą. I co by się wtedy stało z Józiem. I jaką ja jestem matką.
Odkrywam tu dużo. Niepewna, czy czuję się z tym dobrze. Ale myślę też o tych, którzy jak ja potrzebują wolności.
Bo nie chcę się już więcej bać.
Wiem przecież – wolność od strachu nie leży w obietnicach, że wszystko będzie dobrze. Wolność jest w objawieniu: nie wiem, co mi się zdarzy. Ale wiem, że wszystko będzie z Nim.
On widzi. On wie. On ma moc. On jest w stanie.
(Łukasza 12: 4-32)
Gdy kochamy drugiego człowieka, możemy zwariować ze strachu o jego dobro i życie.
Jeśli nie spotkamy Boga, który jest.
Bo jeśli oprzemy nasze poczucie bezpieczeństwa w życzeniowym myśleniu, że nic złego się nie wydarzy, będzie ono kruche. Zawsze znajdziemy coś, o co przyjdzie nam się bać.
Jeśli jednak bezpieczeństwo to zaufanie Jemu – temu, który kocha moje dzieci bardziej niż ja, są naprawdę bezpieczne. I wtedy już nie muszę własnymi rękoma trzymać tego, czego i tak nie jestem w stanie.
„Nie bój się, tylko wierz!” – mówił Jezus do Jaira, któremu zmarła córka. (Marka 5:36)
Trudne w twoim życiu nie oznacza, że Bóg cię nie widzi.
Strata nie oznacza, że Bóg niczego nie kontroluje.
Niebezpieczeństwo nie znaczy, że Bóg zniknął.
I wcale też nie chodzi o to, że mamy dojść do miejsca, w którym w ogóle się nie boimy. Tylko o to, by z naszym „boję się” od razu przychodzić do Boga. Jak Dawid, w Psalmie 56.
Oczywiście, że oddech pomaga. Ciche minuty w rutynie dnia też. Mniej kofeiny, więcej melisy. Spacery po lesie. (Dodaj swoje.)
Ale tylko prawda wyzwala. Jego prawda. (Jana 8:32)
Jego Słowo. Bycie, a nie tylko bywanie z Nim.
To ustawia serce. To buduje w nas królewskie przekonania. (Rzymian 12:1-2)
By w czasie złym On był naszą pierwszą ucieczką. A Jego Słowo pierwszą reakcją.
I żebyśmy w czasach względnego spokoju mogli żyć z lekkimi głowami. Bez strachu o jutro.
On widzi.
On wie.
On ma moc.
On jest w stanie.
On jest z tobą.
_____________
Jeśli chcesz czytać więcej moich tekstów, możesz wesprzeć moje pisanie na Suppi. To dzięki takim drobnym gestom mogę je tworzyć. 🤍
