O chorowaniu

Kiedy dzieci chorują, życie zwykle przechodzi w tryb przetrwania. Choć tym razem starałam się, żeby się nie zatrzymało.

Od dwóch tygodni nie przespałam ani jednej nocy spokojnie. Nie mówię o standardowych pobudkach na karmienie piersią. Mówię o podawaniu paracetamolu i ibuprofenu na zmianę, przeliczaniu dawek dla trzech różnych mas, niezliczonych inhalacjach, czyszczeniu nosa, mierzeniu temperatury i podawaniu leków tak, by dziecko ich nie zwymiotowało.

Nie miałam o tym pisać. Ale o czym, skoro tym właśnie żyłam ostatnie dwa tygodnie. Choć na stories można było zobaczyć urywki z Maputo i Pemby. Bo życie toczyło się zaplanowanym trybem, poza domem. Tym bardziej męczące były choroby i niemoce dzieci.

I nasze w tym próby przetrwania.

Tony wrócił z Pemby z takim bólem pleców, że musiał iść do szpitala i dostał zastrzyk. Wczoraj wziął dwójkę młodszych synów na drzemkę. Ja w tym czasie położyłam się obok Józia, który czytał książkę i odcięło mnie na dwie godziny. Gdy wszyscy się obudziliśmy, Tony miał dreszcze. Malaria. Dawid stan podgorączkowy. Czekamy.

Wszystko kiedyś się kończy.

To zdanie przeniosło mnie przez niejedną kumulację naszych mozambijskich niedomagań.

Kiedy dzieci chorują, moje myśli od razu biegną ku tragediom. Co jeśli leki przeciwgorączkowe nie zadziałają? Co jeśli będzie to najcięższy z rodzajów malarii? Co jeśli infekcja zajmie płuca? Co jeśli…?

Stop.

To ten moment (a może i powinien być ciut wcześniej), by myśli złe zastąpić modlitwą.

“Przestańcie martwić się o cokolwiek. Raczej w każdej sprawie, gdy się modlicie i prosicie, z wdzięcznością przedstawiajcie swoje potrzeby Bogu. A pokój Boży, którego nie ogarnie żaden umysł, będzie w Chrystusie Jezusie strzegł waszych serc oraz myśli.” Filipian‬ ‭4‬:‭6‬-‭7‬ ‭SNP‬‬

To ten moment, kiedy obietnica pokoju zatrzaśnie  drzwi przed twoim “co jeśli”.

Rób, co potrzebne. Wszystko kiedyś się kończy. Gorączka minie. Kaszel w końcu przestanie budzić w nocy. Nawet malaria — choć teraz brzmi poważnie — kiedyś będzie tylko wspomnieniem.

Tym razem starałam się, żeby nam się życie nie zatrzymało.

Dzieci dużo odpoczywały, ale gdy miały siły, oglądały obrazy i rzeźby w muzeum sztuki w Maputo, bawiły się na placu zabaw, spacerowaliśmy po parkach, odwiedzaliśmy przesiedlone rodziny w Pembie, zjedliśmy obiad u babci i raz zamoczyły stopy w oceanie. Ja pisałam według planu. Tony wyrobił dokumenty Dawidowi i organizował pomoc przesiedleńcom.

I byłam dla siebie dobra.

Rzadko gotowałam. Nie szlifowałam tekstów do perfekcji. Pozwalałam dzieciom co jakiś czas pominąć kąpiel. Zamiast wieczornego czytania, puszczałam im audiobooka nieco dłużej.

Kiedy dzieci chorują, trzeba to przetrwać.

Można łaskawiej dla siebie, dla wszystkich w domu.

Można zwrócić się do Niego.

A Wy? Co pomaga Wam przejść przez te dni, kiedy dzieci chorują?

| Jeśli chcesz dorzucić coś od siebie do mojego pisania lub służby w Mozambiku, zostawiam tu link do platformy Suppi. Dziękuję! 🤍 |