Miałam inne plany. Chciałam modlić się o ludzi na koniec nabożeństwa. Wyszłam z małego wiejskiego kościoła tylko na chwilę. Zmieniłam pieluszkę Franiowi, dałam dzieciom jeść i zostawiłam je z Tonym. Do tego momentu plan zadziałał. Ale gdy wróciłam do kościoła, już nie. Zobaczyłam, że Wiola i Marek (misjonarze) modlą się o ludzi. Wiele z kobiet leżało po lewej stronie na matach pod mocą Ducha Świętego. I wtedy zobaczyłam ją.
Dziewczynka, która nie mogła mieć nawet dwóch lat stała przy mamie, która właśnie przeżywała swoje spotkanie z Bogiem. Stała i płakała. Zanosiła się łzami. W Mozambiku społeczność zna się bardzo dobrze, więc zaczęłam szukać kogoś z rodziny tej dziewczynki, żeby się nią zaopiekował na czas, kiedy jej mama nie może. Bezskutecznie. Zabrałam więc dziewczynkę z przejścia w bezpieczne miejsce, ale tak, by widziała mamę i uśmiechnęłam się do niej. Przestała płakać. Ale stała nieruchoma. Usiadłam więc obok niej i zaczęłam gładzić ją po plecach i modlić się o nią.
Była wystrojona. Sukienka w pasy – od dołu: żółty, niebieski i różowy, a na szyi kolorowe koraliki. Gotowa na wielkie świętowanie. Na swój dzień. Na dzień dziecka.
Niedługo potem musiałam gdzieś wyjść, a kiedy wróciłam, znowu to samo – płakała. Usiadłam więc przy niej i znów tylko się uśmiechałam. Nie było co mówić. Dzieci tam, w wioskach, najczęściej nie znają języka portugalskiego. A ja nie znam makuy. Tak więc trwałyśmy w jakimś bezsłownym porozumieniu. Ja, obecna, ona, spokojniejsza. I gdy tak patrzyłam na nią, siedząc na gołej ziemi, zrozumiałam, że to właśnie była moja część na dziś. Nie modlitwa o ludzi w kościele. Modlitwa o jedną małą dziewczynkę na samym końcu świata.
Do Geri Geri jedzie się z naszego domu prawie trzy godziny. Po godzinie zjeżdża się z asfaltu (nie żeby był bez dziur) na drogę w buszu. Nierówną i męczącą. I pięknie dziką. Mija się wioski i pojedyncze domki. Ludzi zajętych zwykłą pracą. Ludzi, którzy nie robią zakupów w sklepie, ale żyją z tego, co da im ziemia. Ludzi, którzy najczęściej znają tylko lokalny język. Ludzi, którym to w ogóle nie przeszkadza.
Pojechaliśmy tam, ponieważ chcieliśmy służyć dzieciom w małym wiejskim kościele, który już wcześniej odwiedzaliśmy. Miało ich być 50. Było pewnie dwa razy tyle. Choć zaczęliśmy od nabożeństwa, to tego dnia chciałam mówić właśnie do nich. Nie do dorosłych.
Mieliśmy przygotowaną przypowieść o zgubionej owcy z zaangażowaniem dzieci. I Ewangelię, prosto.
Jeszcze zanim kluczowe pytanie o oddanie życia Jezusowi zostało przetłumaczone na język makua, wszystkie dzieci podniosły ręce. To był dobry moment na zdjęcie do newslettera. Widziałam tu przecież i takie rzeczy. Jednak to byłaby nieprawda. Więc cofnęłam się i zaczęłam tłumaczyć raz jeszcze. Potem wyjaśniał mój mąż i pastor. W ich języku, ale przede wszystkim w ich kulturze. Zapytałam raz jeszcze. Już nie wszystkie dzieci podniosły ręce. Ale część tak.
Święto w niebie!
Dzieci było dużo i według mnie zapanował chaos. Trudno było je ustawić. Trudno prowadzić zabawy jednocześnie dla kilkulatków i nastolatków. Bo w wiosce, kiedy coś się dzieje, przychodzą wszyscy. Wszyscy, którzy usłyszą. A jednak następnego dnia jedno z dzieci przyniosło do domu wiadomość, że bardzo mu się podobało.
Czasem pytam siebie, czy cokolwiek się tam wydarzyło? W tych małych serduszkach? Dzieci wyglądały na zagubione, czasem przestraszone. Starsze dobrze się bawiły, słuchały. O wiele z nich modlili się misjonarze i były dotykane przez Ducha Świętego. Część przyjęła Jezusa. Ale na ile świadomie i co z nimi dalej będzie? Mała dziewczynka ze sznurkiem plastikowych koralików przestała płakać. Ktoś powiedział, że zabawy były świetne. Może to nic, a może tyle wystarczy. Skoro za tą jedną pobiegł Pasterz.
/ Dziękuję, że jesteś. Jeśli lubisz mnie czytać i chcesz wesprzeć mnie w pisaniu, możesz postawić mi wirtualną kawę na platformie Buy Coffee To. Do kolejnego! /
