One

Nikt oprócz mnie jej nie zauważył. Tak jakby przyszła tylko po to, żeby dać znać: jestem.

To zdarzyło się, gdy malowałyśmy im paznokcie. Osiem kobiet z plemienia Makua i my dwie. I dzieci, nie wiadomo czy ich, czy sąsiadów. Dużo dzieci. Miski z wodą, ręczniki, mydła. Pachniało kurzem, gotowaną fasolą, lakierem do paznokci i balsamem do ciała. Moabickie SPA. Na dużej macie rozłożonej na ziemi uczyłyśmy je o zarazkach i chorobach. O myciu rąk i stóp. I cieszyłyśmy się z ciał.

Przychodzimy do nich dwa razy w tygodniu. Ja dołączyłam dwa miesiące temu, ale misjonarka, która rozpoczęła ten projekt, odwiedza je od czterech lat. Lubię właśnie tak. Nie przyjść raz, powiedzieć, co się ma do powiedzenia i zniknąć. Ale przyjść, i zostać. I wracać. 

Zaczynały na gołej ziemi, pod dużym drzewem, żeby cienia starczyło dla wszystkich. Ale tak spędzane razem miesiące męczyły przeciągami z wiatru, hałasem przejeżdżających obok motocykli, uwagą zabieraną przez zdarzenia wokół. Z czasem więc zajęcia  przeniesiono na ogrodzone podwórze mamy Aminy. W cień, na matę z suchej trawy. Z niewielką czarną tablicą, zeszytami podpisanymi imieniem każdej z kobiet i ołówkami. Skupienie wzrosło. Choć i tak o nie trudno. Myśli i uwaga nie ćwiczone latami przez szkołę robią, co chcą i kiedy chcą.

Gdy przechodzisz obok, niczego nie zobaczysz. Ot, kobiety, w kolorowych capulanach, dźwigają na głowach wiadra, kosze czy chrust. Idą długo, pewnie dlatego często się nie uśmiechają. Robią, co trzeba, bez względu na to, co stało się wczorajszego wieczora i jak się z tym czują. Nie leżą w łóżku i nie są dla siebie dobre, bo zbliża się okres. Nie idą do psychoterapeuty przepracować obolałego życia. Obecne, bez względu na cenę. Gdy tylko przejdziesz obok, wszystkie będą takie same.

Ale co innego, gdy się zatrzymasz i wejdziesz do ich domu. I będziesz wracał i pytał, jak się mają. I gdy usiądziesz z nimi na ziemi i ponarzekasz, że dziś gorąco. I gdy zapytasz, co to za drzewo, co rośnie na ich podwórku. Albo powiesz jak ładnie wyglądają raz czy drugi, w ich języku. To wtedy, bardzo powoli, zaczniesz dostrzegać detale. Odsłonią przed tobą opowieści, z których wysnute są ich życia. Podzielą się emocjami, które wydobędą spoza zmęczonej i zahartowanej życiem twarzy. Zobaczysz, jak wariują na punkcie nowej capulany. Jak wybuchają śmiechem. Któregoś dnia przyjdziesz, a one będą smutne i opowiedzą dlaczego.

Nie mają tylu wyjść, ile mamy ich my. Ale, zobacz, są.

Piszą wolno każdą z liter, uważnie kopiują linie, odtwarzają kształty. Obserwują ruchy igły, żeby je powtórzyć i mieć coś tylko swojego. Lubią interakcje podczas opowieści. To ułatwia rozumienie. I, żeby nie zasnąć. Bo w Mozambiku ludzie zasypiają, gdzie akurat siedzą – od słońca, od upału, od gadania. Trzeba czymś się zająć.

Gdy skończyły szyć bluzki, zrobiłam im sesję zdjęciową. Miło było patrzeć, jak przebierały w kapeluszach, torebkach i parasolkach. Jak odnajdywały w sobie te wszystkie kobiece drobnostki, z którymi Bóg nas stworzył. A na które nie ma często miejsca w ich świecie. I cieszę się, że dałyśmy im przestrzeń, żeby były kobietami na te dwie niespieszne godziny.

To zdarzyło się, gdy malowałyśmy im paznokcie. Podniosłam głowę, gdy prostowałam plecy. I zobaczyłam ją w drzwiach. Zabrałam wzrok, bo spojrzałam tylko przelotnie. I wtedy przyszła myśl o jej oczach. O ich głębokości. Wystarczyły dwie sekundy na porozumienie.

Mi się to prawie nie zdarza w Mozambiku. Nie na tym poziomie. Zrozumienie ponad kulturami. Przyciąganie.

Nie pamiętam nawet jak wygląda. Tylko to, że była z dzieckiem przewiązanym przy niej chustą. I jakby mówiła: jestem.

One Reply to “One”

  1. Bardzo lubię czytać Twoje teksty, m.in. dlatego, że otwierają drzwi do innych wymiarów…

Leave a Reply