Oni

Opadają mi słowa, jak ręce. To z powodu pożegnań. A przecież wyjeżdżając do Łodzi najbardziej drżałam, że długo mi zajmie budowanie nowych bliskości. W Gdańsku mieszkałam dziesięć lat i zostawiłam wielu przyjaciół. Ale Bóg, gdy dzieliłam się z Nim moimi strachami, obiecał, że gdziekolwiek mnie postawi, przyprowadzi do mnie ludzi. Dlatego teraz płaczę.

Z Gdańska wyjechałam dla Niego, ale życie codzienne, bo pracę przekraczającą wymiar czterdziestu godzin w tygodniu i sumienność, związałam z NIĄ. Wspólne półtorej roku w niełatwych warunkach nowego i stresującego nauczyło mnie pokory. ONA inspirowała, by iść po niemożliwe i być na tej drodze wytrwałą. Przy NIEJ nauczyłam się sięgać w relacji poza nieporozumienia i widzieć drugą osobę tak, jak widzi On.

Ale służenie w fundacji przyniosło mi do życia również innych. TĘ, która swoim śmiechem nie do powtórzenia rozbrajała rzeczywistość i pozwoliła oglądać, co wielkiego dzieje się z człowiekiem, który bezkompromisowo idzie za Bogiem, wbrew opinii niektórych wokół.

I ONE. Dziewczyny z licznymi złamaniami serc, które mogłam kochać. Nie zapomnę poranków przy kawie i wieczorów filmowych. Trudnych spotkań nocami na komisariatach czy komendach i trudniejszych pożegnań, bo z obcych stałyśmy się znanymi. Długich sobotnich poranków w pidżamach i rozmów trudnych do wypowiedzenia. Wszystkich utuleń. Łez. I ciszy.

I ONA. Jest dla mnie domem, czystym cieszeniem się, zwykłym swobodnym byciem. Jak gdyby nie było między nami przepaści doświadczeń i odległości w latach. Jakbyśmy spotkały się w liceum i nie miały jeszcze nic poważnego do zrobienia. Jestem wdzięczna za wszystkie wspólne zachwyty nad tym, co mówi i robi Bóg. Za możliwość przekraczania granic i radość z tego. I za serce.

A JEJ jestem wdzięczna za wszystkie wtorki, czwartki i niedziele. Za wspólne modlitwy, które nie skończyły się mimo odległości. Za przywitanie mnie po powrocie z Mozambiku zakupami w niepracujący dzień. I za te wszystkie podwiezienia, zakupienia, przewidzenia potrzeb. Za wspólne wyjazdy na wakacje i poznawanie Łodzi. I kawy na stacji. I za niedziele przeciągające się do granic możliwości, by oddalić myśl o poniedziałku. I za możliwość oglądania wzrastania w Panu, gdy chce się tylko Jego.

I te niedziele spędzone razem na poszukiwaniu lasu i wody. Z leżeniem na trawie i gapieniem się w niebo. Z nimi powyżej i jeszcze z NIĄ, z którą dzielimy pasję do misji. ONA uczyła mnie mówienia wprost, o sobie i do innych. I dwóch panów. ON, który, gdy patrzył, często widział podobnie. I wiedział o górach, zdjęciach, książkach i pisaniu. A ON miał szczere i wrażliwe spojrzenie do podziału i w każde spotkanie wprowadzał uśmiech. I… godny z NIEGO przeciwnik w tenisie stołowym! Dzięki NIM te niedziele były dla mnie jak z czasów studenckich, beztroskie. Za NICH jestem wdzięczna.

A ONA stała obok i pomagała w walce z moim ograniczeniem. Gdy miałam siedem lat, na zajęciach kwalifikacyjnych, nie zdołałam powtórzyć prostego kroku tanecznego. Pamiętam do dziś jak wracałam do domu z gorzką myślą, że nie umiem tańczyć. Latami myśl ta wrastała w moją tożsamość i blokowała ciało. Aż do pewnego spotkania w Łodzi. Przez półtorej roku, raz w tygodniu, ONA prowadziła mnie do wolności w ruchu i tańcu. Kiedy myślę o tym, zachwycam się nad starannością Boga w planowaniu naszego życia. Nie musiałam nigdy tego dostać, a jednak otrzymując JĄ, odkryłam wolność ciała, o istnieniu której nie miałam pojęcia. I radość z tego płynącą. I jeszcze za JEJ wrażliwość i uważność na drugiego człowieka jestem wdzięczna.

I ONI. W szkole biblijnej i kościele. Pastorzy i dyrektorzy szkoły. Dwa pokolenia. Oraz wszyscy, z którymi miałam przywilej dzielić tam życie. Szybko po tym, jak przyjechałam do Łodzi, Bóg zaczął pokazywać mi dalsze kroki. Z czasem zaczęłam zastanawiać się, po co przyprowadził mnie tu na tak krótko? Ale On pokazał, że to z Łodzi mogłam ruszyć dalej. Tu postawił obok mnie ludzi, którzy wierzyli ze mną. Słowo mówi, że:

Wiara jest podstawą spełnienia się tego wszystkiego, co jest treścią nadziei; przekonaniem o prawdziwości tego, co niewidzialne. Hebr. 11:1

I kiedy głośniej krzyczy do nas to, co widzimy, a mamy podejmować decyzje i żyć w oparciu o to, co niewidoczne, potrzeba czasem ludzi, którzy w chwilach naszego zwątpienia postawią nas do pionu. I tak, gdy ja nie widziałam, zawsze obok był ktoś, kto mówił, że to jest, choć nie do zobaczenia. Bo kościół jest też po to, aby wierzyć z nami w nasze niemożliwe.

Nie zawsze tak było. Kiedyś brakowało mi ludzi. Wówczas miałam bliską osobę, wokół której zawsze było ich mnóstwo. Zapytałam, jak to zmienić. – Po prostu ich kochaj – odpowiedział. Wtedy o kochaniu wiedziałam mało. Wtedy nie umiałam jeszcze przyjąć w pełni Jego miłości, by móc kochać innych bez oczekiwań i wbrew emocjom. Ale zaczęłam. I modliłam się o przyjaciół. Zwyczajnie. I o właściwe połączenia między mną a ludźmi. Piszę o tym, bo jakiś czas temu ktoś mnie zapytał o ten wymiar samotności. A ja wiem, że jest odpowiedź – w przyjściu do Niego i w kochaniu.

Teraz, w obliczu nowego, znów o tym myślę. Czy tam, daleko, znajdę przyjaciół. Nie znajomych, a ludzi, z którymi będę mogła dzielić się tym, co z serca. Ale Pan mnie uspokaja, że już tam są. Bliscy.

2 Replies to “Oni”

  1. Piękny wpis 🙂 Wypełniony Bożą miłością, wiarą i nadzieją 🙂

  2. Piękne.Autentyczne i szczere,naznaczone głęboką wiarą.

Leave a Reply