Powroty. Ale przecież nigdzie indziej niż tu mnie nie było. Bo czasem, a raczej co jakiś czas, niby jesteś, niby dotykasz jakiejś głębii, ale jednak ona cię nie nasyca. Tak jakbyś spotykał/-a się z Bogiem nie do końca uważnie. On jest, ty jesteś. I rzeczy dzieją się. A jednak nie ma pełni. Jakby brakowało ostatniej nutki do kwintesencji smaku. Jakby to jedno puste miejsce pozostawało puste.
Krążę wokół, próbuję trafić w słowa, które będą razem prawdą, żeby znaleźć wspólny punkt startu. Chyba to będzie nienasycenie.
Całkiem długo skupiałam się na powrocie do siebie. Powtarzałam, że chcę wrócić do Ani. Tej, która kiedyś nie była ani żoną, ani mamą. Która marzyła z Bogiem i robiła, co jej powiedział. Mimo strachu. Mimo braku. Mimo nierozwiązań. A potem wpadła w role, które wymagają wiele. Codziennych zwykłych obowiązków. I niecodziennych wielkich odpowiedzialności. I kilkudziesięciu zmartwień po drodze, których wcale by nie musiało być, ale jest się przecież mamą. Pośród tego, udawało się Ani przebijać co jakiś czas. Ale potem znów znikała.
Szukałam więc rozwiązań. Analizowałam sytuacje. Nazywałam. Przypominałam sobie. Układałam wnętrze. Podkładałam jej pod nos rzeczy, które kiedyś lubiła. Wszystko, by ją znaleźć. By ją przywołać. By została. By już więcej nie odchodziła. Póki co, bezskutecznie.
Aż kilka dni temu odkryłam coś pozornie zupełnie z Anią niezwiązanego. A dokładniej, że jestem stęskniona. I to nie tak, że coś mi tam mignęło w duszy o czyimś braku. Ja odkryłam suszę.
A suszę odkryłam przez jedno Spotkanie. Przyszłam nieco inaczej. W zupełnej ciemności. W zupełnym odgrodzeniu od otoczenia. W uldze, że już wszyscy śpią i nikt niczego ode mnie nie zechce. I nawet niezupełnie sama, bo z nagranym głosem, który mówił o bliskości. O jedności. O komunii. O tym, że być z Nim to dla człowieka bardziej naturalne niż oddech. W zamyśle. W stworzeniu.
I chociaż oddycham bez ustanku, to jednak w tym oddechu nie zawsze znajduję Jego. A jednak On jest. Przecież wiem, że jest.
W tej ciemności, z Nim, było niewiarygodnie dobrze. Bezpiecznie. Ulga. Niewyobrażalna ulga i oddech głębszy, pełniejszy. On Sam wypełniał mnie. Jakby z każdą nabraną porcją powietrza przychodził i odnawiał sens, z którym mnie obmyślił i stworzył. Byłam popękana i spragniona Jego, nawet o tym nie wiedząc. Jak to się stało? Kiedy? Przecież nie podejmuję ani jednej decyzji bez Niego. Oddaję Mu dni. Co się zdarzy, najpierw obgaduję z Nim. A przynajmniej, do Niego wołam. I czuję się, czuję się połączona.
A jednak świat do mnie krzyczy. To, co muszę, krzyczy. Dzieci krzyczą. I jeszcze krzyczę ja, bezgłośnie, że już nie mogę, z powracającym pytaniem: gdzie jest Ania? I taki to zgiełk jak w szkole – że na przerwie trzeba drzeć się, nie mówić. We mnie tak jest. Jak więc mogę naprawdę Go usłyszeć? Do końca? W szczegółach? Bez oddzielenia to niemożliwe.
Ale druga, zaraz po odczuwalnym nasycaniu Obecnością, rzecz, która zdarzyła się podczas tego Spotkania. Wiesz, kto tam jeszcze był oprócz Niego? Ania. Była tam Ania. Nieprzywołana niczym. Niezanalizowana. Nie po terapii. Niepoukładana. Nierozwiązana. Ale jadnak odnaleziona. Obecna. Ta sama, której szukam już tak długo. Tak jakby zawsze była obok i nigdzie nigdy nie odeszła. W tej wrzawie dnia niezauważona. Przeoczona. Tak samo jak ja.
A przecież zawsze wiedziałam, że nie mogę znaleźć jej bez Niego. Niemniej, wszczęłam poszukiwania na własną rękę, potrzebując chyba poczucia sprawczości. Bo jakieś ruchy z mojej strony, choćby były bezradnym machaniem w powietrzu, to jednak działanie. A działanie, wiadomo, złudnie lepsze niż nic.
Całkiem długo skupiałam się na powrocie do siebie. Powtarzałam, że chcę wrócić do Ani. Tej, która kiedyś nie była ani żoną, ani mamą. Która marzyła z Bogiem i robiła, co jej powiedział. Tymczasem potrzebowałam powrotu do Boga. W oddzieleniu. W ciemności. Bez bodźców. Bez ludzi. A tam, a tam znalazłam ją. W końcu, to w Jego Obecności uczyłam się, kim jest. Zaraz po tym jak spotkałam Jego.
A przecież dobrze wiedziałam, że do Boga trzeba przychodzić w całości. To proces, nie kilka spotkań. To decyzja i praca, nie chwilowe uniesienie. Ale jest, droga przede mną. Odnaleziona. Powroty.
Moja pieśń o szczęściu od zawsze była tylko o Nim. Aniowa pieśń o szczęściu.
“Boże! Ty jesteś moim Bogiem,
szukam Cię całym sobą,
Ciebie zapragnęła moja dusza,
Za Tobą zatęskniło moje ciało
Jak spieczona, spragniona i bezwodna ziemia.
W takim stanie ujrzałem Cię w przybytku, Chciałem widzieć Twoją moc i Twą chwałę,
Bo Twa łaska jest lepsza niż życie —
Moje usta będą Ciebie wysławiały.
Póki żyję, będę Cię tak błogosławił,
W Twym imieniu wzniosę w górę dłonie.
Nasycony jak tłustością ofiary,
Uwielbiam Cię radosnymi słowami —
Ilekroć wspominam Ciebie na posłaniu
I myślę o Tobie podczas nocnych straży.”
Psalmy 63:2-7 SNP
I Wam życzę takich powrotów.
/ Jeśli moje pisanie wnosi odrobinę do Twojego życia i chcesz wesprzeć mnie w pisaniu, możesz postawić mi wirtualną kawę na Buy Coffee To. Dziękuję za każdą! /
