Powoli

Wszystko szybko. Nawet myję się szybko.

Być może ten nawyk wziął się stąd, by ululane dziecko (zawsze któreś przez ostatnie sześć lat), nie zbudziło się i zbyt długo nie płakało, gdy jestem w łazience. Tym bardziej odczuwam ulgę, odkąd świadomie spowolniłam ruchy.

Zaczęłam wmasowywać szampon w głowę, śledząc każdy nacisk dłoni na skórę. Odczuwam jak piana spływa po ramionach, ciepłymi strumykami. Kto by na to marnował czas? Ale układ nerwowy zdaje się lubić taką uważność.

To wtedy zaczęłam się sobie przyglądać.

Wyjście dokądś całą rodziną. Obejmuje skomplikowany proces decyzyjny. Najpierw. A potem zaczyna się pakowanie wszystkiego, co potrzebne na pewno i co być może będzie potrzebne. Choć zwykle nie bywa.

W międzyczasie – dzieci powinny być najedzone przed wyjściem. I być z opróżnionymi pęcherzami. Józio – wystarczy przypomnieć. Franio – wystarczy dziesięć razy przypomnieć i upewnić się, że na pewno to zrobił i się nie obsikał (lub podłogi). Dawid – wystarczy zmienić pieluszkę, ale jako ostatnią rzecz przed wyjściem, bo potrzebuje tych dziesięciu minut po zjedzeniu na ewentualną kupę.

Ja. I dom. Rzeczy i dzieci do samochodu. 

Może jeszcze toaleta? – badam w skupieniu swój pęcherz. Okulary!

Znasz to?

Wszystko w biegu. A i tak zajmuje prawie godzinę.

Ale dlaczego w biegu? Obserwuję jak całe ciało jest napięte. Jakby przeglądało się w lustrze pędzących myśli.

Tak samo z gotowaniem. Mam godzinę, często mniej, by przygotować obiad. Dawid śpi z tatą. Chłopcy bawią się na dworzu.

Wszystko w biegu.

Tak samo z wieczorami. Ogarnięcie kuchni, wspólne sprzątanie, mycie, czytanie. Można by wolniej, ale kiedy by się to skończyło? Bo przecież muszę ścisnąć czas, by potem, od 21:30 do 23:30 poczuć, że jestem.

Wszystko w biegu.

Często tak samo z czytaniem Słowa i modlitwą. Nieświadomie, póki nie zauważę. Bo samotność matki jest krótka. 

Myślę, że dlatego w biegu. Myślę, że potem ciało już pamięta i każde zadanie wykonuje szybko.

Któregoś razu mąż wziął synów na przejażdżkę, a ja zostałam pisać. Kiedy skończyłam, przygotowałam sobie deser i usiadłam na kanapie. Zostało mi dziesięć minut. Zaplanowałam nie robić absolutnie niczego. I wtedy poczułam, że muszę iść do toalety. Żal. Taki żal bliski zawodowi. Że stracę kilka swoich minut na potrzebę fizjologiczną. I to mnie wówczas bardzo uderzyło. W jakim miejscu życia się znalazłam, że szkoda mi czasu na toaletę?

Wszystko w biegu. Czy naprawdę tak muszę?

Zrezygnować.

Tylko to przychodzi mi do głowy.

Mam taki plan dnia, który chciałabym wprowadzić w życie. Rozbity na drobne nawyki. Zaczyna się o 5 rano, a kończy o 23. Plan niemożliwy. Zmieniałam go już kilka razy. Nie potrafię zrezygnować z niczego. Choć przecież i tak rezygnuję, bo nie mam siły wstać o piątej rano, gdy zasypiam o północy i budzę się, by karmić w nocy. Ale świadomie, nigdy. Bo pragnę różnych dobrych dla siebie i dla nas rzeczy.

I być powoli.

Ale to wybór.

Przypomnieć sobie w każdej czynności, że mogę inaczej. Skupić się na jednej i w niej przepaść. Nigdzie nie biec. Spacerować przez codzienność. Ułożyć rytuały. Aż znów przyjdzie nagłość nieproszona i zapomnę o tym, że miałam wolniej.

Marzy mi się życie w Jego tempie. 

Jak z Hebrajczyków 4.

Odpoczynek, który nie jest sobotą, ale postawą serca. Odpoczynek oparty o wiarę, a nie o czas wolny. Odpoczynek obiecany, więc pewny.

Spokojnie już. Spokojnie.

/ Jeśli lubisz moje teksty i masz ochotę, możesz mnie wesprzeć w pisaniu. Tutaj link. Dziękuję! /