Położyłam się na macie i słuchałam Muminków. I nic od bardzo długiego czasu nie sprawiło mi tyle radości.
I nie chodzi o Muminki. Chodzi o to, że zrezygnowałam. Ze składania prania. Ze zmywania naczyń. Z pisania. Z gotowania. Z nadrabiania pracy papierkowej.
Nieczęsto mi się to zdarza. Zwykłe poczucie obowiązku jest tak silne, że nie zatrzymuję się. Bo gdy to robię, mam wrażenie, że wypuszczam życie z rąk i nasz świat rozpada się w chaos. A ja w chaosie nie umiem żyć. Od razu robię się zła.
Położyłam się na macie i słuchałam Muminków z moimi synkami. Oni w tym czasie rysowali.
Później złożę pranie. Później ugotuję. Jutro napiszę, choć jeszcze nie wiem co. Może to właśnie – że odpuściłam. Może ktoś potrzebuje o tym usłyszeć.
To jedna z lepszych rzeczy w dorosłości. Tak myślę. Mogę powiedzieć sobie: stop. Mogę powiedzieć sobie: odpocznij. Mogę zdecydować, że nie chcę ani porządku, ani osiągnięć. W zamian za ciszę i wolniejszy bieg. Za bliskość w domu. Za ciało silne i głowę luźniejszą.
Mam wrażenie, że to nigdy się nie kończy – lista rzeczy, które trzeba zrobić. Od umycia i wyparzenia butelki synka, przez przejrzenie cen biletów do Polski i z powrotem, aż po naprawienie samochodu z klocków (bo przecież dla kogoś małego to bardzo ważne).
Ale czasem, przysięgam, wszystko, co mogę zrobić, to ugotować jedzenie. Albo wysłać po nie męża.
W ostatnią sobotę zostałam z dziećmi sama na cały dzień. Mąż pojechał do Nampuli o 6 rano, w domu był o 22. Ale nawet upiekłam chlebek bananowy! Życie szło nam gładko, aż do 17, kiedy Józio położył się na łóżku i powiedział, że musi odpocząć. A to u niego oznacza jedno – wysoka gorączka.
Zaczęło się – leki, okłady, zwracanie leków, Dawid, który już wszędzie wejdzie, Franio, który wciąż potrzebuje mojej uwagi. Spali, gdy mąż wrócił do domu. A ja co dwie godziny przez całą noc sprawdzałam, co się dzieje z Józiem.
Dlatego następnego dnia po południu położyłam się na macie i słuchałam Muminków. Słońce zniżało się i złociło, gdy zasypiałam. Czułam się jak wtedy, gdy sama chorowałam, gdy byłam dzieckiem. Usprawiedliwiona z nieaktywności. Usprawiedliwiona z leżenia. Wsłuchana w opowieść z innego świata. Otulona ramionami Najwyższego.
Obudził mnie Franio. Zapytał: “Mamo, czy psy potrafią skakać?” Otworzyłam oczy z wdzięcznością. Że choć czasem wszystko, co mogę, to ugotować obiad, dla kogoś jestem osobą, do której można przyjść z każdym pytaniem. Nawet, gdy śpi.
Drogie mamy, zostawcie dziś coś, co trzeba. I połóżcie się na chwilę.
Jesteście usprawiedliwione.
• Dziękuję, że jesteś. Link do Suppi zostawiam tutaj, gdybyś chciał_. 🤍 •
