Wracam do Mozambiku

Do Łodzi wzięłam ze sobą grafikę Bocianowskiej pt. Powroty, którą dostałam od przyjaciół na pożegnanie. W prostych kreskach zobaczyłam dom, do którego się wraca. To jedyny obrazek, który stanął w moim nowym mieszkaniu. Grafika przedstawia trzy bociany nad rozległym polem, w tle majaczy las, a na jego skraju stoi chata. Ale dla mnie zawsze było tam więcej. Widziałam i krzaki malin nieopodal domu, i wydeptaną ścieżkę prowadzącą nad strumień. Widziałam stary płot, kota wylegującego się na słońcu i słyszałam. Śmiech dzieci, szum drzew, cykanie świerszczy o zmroku. Kiedy wyjeżdżałam z Gdańska, wzięłam go, żeby pamiętać o powrocie. Dziś pomału żegnając się z Łodzią, patrzę czasem na ten obrazek i bardzo chcę wracać. Ale już zupełnie gdzie indziej.

 

rok temu w Afryce

Pod koniec zeszłego roku spędziłam trzy tygodnie w Mozambiku. Dokładniej, w Pembie. Pojechałam tam, ponieważ od początku roku słyszałam wyraźnie jak Bóg zaprasza mnie do wyjazdu misyjnego. Decyzję podejmowałam bez odwagi, bez możliwości oparcia się o ludzi, bez pieniędzy. Tylko na podstawie Jego słowa. (Zobacz: Gdy myśl staje się przekonaniem) Ale w czasie przygotowań, wpatrując się wyłącznie w Jezusa, nauczyłam się, że ponieważ On umarł i zmartwychwstał, wszystkiego mi wystarczy. Doświadczyłam wówczas jak Jego moc objawia się w braku i słabości. (Zobacz: Bóg finansuje swoje plany i Starczy ci odwagi i ludzi) Lecąc do Mozambiku, nie leciałam już ja, ale On we mnie, któremu oddałam kontrolę. Odważna, wsparta o ramiona innych, zaopatrzona finansowo zupełnie niezasłużenie, z łaski.

Tamte tygodnie spędziłam w bazie Village of Joy służby Iris Global Heidi i Rollanda Bakerów. W swojej absolutnej niemocy szukałam Jego i znajdowałam w nieoczywistych okolicznościach. (Zobacz: Zostań ze mną) Bóg uczył mnie więcej o tym, jak On objawia się w braku. (Zobacz: Potencjał braku) Uczył, co znaczy dawać rozrzutnie. (Zobacz: Rozrzutność dawania) Budował relacje na poziomie serca między mną a innymi w zaledwie kilka dni pokazując, że bariera słów i kultur Go nie przerasta.

Był to czas, kiedy uczyłam się kochać. Odkrywałam, że spojrzenie w oczy znaczy dla niektórych dzieci wszystko. Że objęcie ramionami jest mocniejsze niż wiele słów, których i tak nie potrafiłam wypowiedzieć. Przesiadywanie z nimi na podłodze albo uśmiech, gdy podawałam im miskę z ryżem i fasolą – drobne rzeczy – sprawiały, że czuły się ważne. Codziennie uczyłam się prostoty Słowa: “Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, uczyniliście Mnie.” (Mat. 25:40)

Jeździłam do szpitala głosić Ewangelię i modlić się o chorych, spędzałam czas z wdowami i usługiwałam im modlitwą, pomagałam w kuchni (nosiłam worki z ryżem na głowie!), uczestniczyłam w otwartych zajęciach szkoły misyjnej, spędzałam czas z misjonarzami z całego świata. Dwukrotnie jechałam do okolicznych wiosek na wyjazdy ewangelizacyjne. Tam opowiadaliśmy o Jezusie, którego znamy, modliliśmy się o ludzi i zwyczajnie z nimi byliśmy.

Przez te trzy tygodnie zobaczyłam wielu, którzy zdecydowali się oddać życie Jezusowi. Widziałam, jak matki zdejmują z nóżek i brzuszków swoich dzieci sznurki, które dostały od szamana, decydując się ufać Jezusowi wbrew wszystkiemu, co znały i co do tej pory dawało im poczucie bezpieczeństwa. Słyszałam jak człowiek koło czterdziestki wypowiada pierwsze słowa w swoim życiu, ponieważ Jezus go uzdrowił. Podczas jednej z modlitw Bóg pozwolił mi zobaczyć, jak On widzi. Miałam przed sobą dzieci w brudnych i poszarpanych ubraniach z wioski gdzieś na końcu świata, które według ludzkich standów nie mają żadnej przyszłości. A Bóg nic sobie z tego nie robił. Modliłam się o każde z nich, a On wkładał mi w usta słowa błogosławieństwa o wielkich powołaniach, pozwolił mi zobaczyć ich siłę, godność i dobrą przyszłość, którą im zaplanował. Nie ma słów, które mogą opisać, jak te dzieciaki są dla Niego szczególne. Tak samo On widzi nas.

Ale podczas tamtej podróży nieoczekiwanie zdarzyło się coś jeszcze. Bóg w ponadnaturalny sposób zrobił mi w Mozambiku dom.

 

dom

Rozpoznawałam to powoli. Gdy inni opowiadali, co dzieje się aktualnie w ich domach, ja odkrywałam, że mnie nie tak bardzo zajmuje, co dzieje się w moim. Zdziwiona czytałam w dostępnych dla nas materiałach o szoku kulturowym. Nie przeszkadzał mi brak przestronnego i pięknego pokoju tylko dla siebie. Ani swojej łazienki. Ani gorącej wody do mycia. Bywało, że spałam pod namiotem i nie miałam jak się umyć przez kilka dni, a moją toaletę była dziura w ziemi. Ciągle spocona, napuchnięta, jadłam głównie ryż z fasolą i bułki, czasem wzbogacane masłem orzechowym i dżemem. Ale to wszystko zdawało się nie mieć dla mnie znaczenia. Było mi dobrze tam, gdzie byłam. Moim punktem skupienia był Jezus i to, co chce zrobić w tamtym miejscu i w tamtym czasie. Tak jest, kiedy patrzysz na Niego i robisz to, co widzisz u Niego. Wówczas okazuje się, że takie sprawy jak miejsce, w którym mieszkasz czy twój komfort są drugorzędne.

Wcześniej, jeszcze przed wyjazdem do Mozambiku, Bóg zaczął zmieniać moje serce. Objawiał mi, że mój dom jest tam, gdzie On, że to Najwyższy jest moim domem. Wręcz namacalnie zaczęłam odczuwać, jak wyrywa moje korzenie z Łodzi, z Gdańska, z Warmii, z Polski. Jak uniezależnia mnie od tego wszystkiego, co daje poczucie bezpieczeństwa – od pieniędzy, pracy, mieszkania na własność, mądrych planów na przyszłość, ludzi. I uzależnia wyłącznie od Siebie. Z takim domem, gdziekolwiek się udam, pojechałam do Afryki. Będąc już tam, podczas jednej z modlitw zdałam sobie sprawę, że moje korzenie wrastają w czerwoną mozambijską ziemię. I nagle odkryłam, że w jakiś przedziwny sposób jestem w domu. I że Polska to miejsce, gdzie niedługo będę musiała na jakiś czas wrócić.

Kiedy samolot startował z Pemby, płakałam. Przypomniało mi się, jak wyjeżdżałam z rodzinnego domu na studia. To były dokładnie takie same emocje. To samo uczucie przywiązania do rodzinnego domu. Jak to możliwe? Tylko Bóg wie.

Odkąd wróciłam do Polski w listopadzie 2016, Bóg mówił mi o powrocie. Do tej pory odsłania przede mną swoje plany odnośnie tego, co chce zrobić w Mozambiku i jaki ja mam w tym udział. Przygotowuje mnie do drogi i pracujemy razem nad moim sercem. Początkowo myślałam, że to potrwa dłużej. Ale Bóg ma swój czas. Tak więc wracam.

 

plany

Na początku października 2017 wylatuję do Mozambiku, gdzie ponad dwa miesiące spędzę w szkole misyjnej Iris Harvest School of Missions prowadzonej przez Heidi i Rollanda Bakerów. Jadę tam kochać i uczyć się kochać. I pozwolić Mu pracować we mnie. Dalsze plany poznam jak zawsze, w drodze.

Czas, w którym teraz jestem, to nauka jeszcze głębszego polegania na Nim, nauka zależenia od Niego na nowych poziomach, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Czas chowania się w Jezusie. Czas chodzenia po wodzie.

 

Bóg zabrał mnie w podróż, ale dobrze wiem, że sama nigdzie nie dojdę. Dletego On nieustannie stawia na mojej drodze ludzi. Dziękuję za nich. O tym, co dzieje się w drodze, bardziej osobiście, piszę w Newsletterze. Jeśli chcesz go otrzymywać, napisz do mnie na adres misje@annadabrowska.org.

Leave a Reply