Zależenie

Pierwsze dni życia w wiosce pokazały mi słabość niezależności, której tak pilnie uczyłam się w zachodnim świecie. Teraz myślę, że tam wszystko zmierza ku takiemu ułożeniu spraw, by móc żyć bez innych. Jako samotna kobieta przez wiele lat uczyłam się radzić sobie sama. I choć wielokrotnie korzystałam z pomocy cudownych ludzi, z którymi Bóg mnie łączył po drodze, to zawsze miałam alternatywę – mogłam zapłacić. Za pomoc w przeprowadzce. Za naprawę prysznica. Za rozliczenie podatku.

Tu pojawiają się inne wyzwania, którym nie zawsze mogę sprostać. Czasem, bo nie mam pieniędzy, ale częściej, bo takie usługi nie istnieją. Albo, nie jestem w stanie znaleźć odpowiednich ludzi w kraju, którego języka jeszcze nie znam dobrze i w którym firmy nie ogłaszają się w internecie. Tutaj musisz pytać. Szukać. Polegać na innych. I w całej tej trudności, którą mi to sprawia, odkrywam radość zależenia.

To rozważanie sprowokowała dziewczyna, która mieszka w okolicy, a która któregoś wieczora przynosiła wodę ze studni. Gdy przyszła na mój taras z wiadrem na głowie wypełnionym po brzegi, poprosiła mnie o pomoc w ściągnięciu go. I wtedy zdałam sobie sprawę, że jeśli wiadro jest pełne, zawsze potrzeba kogoś, kto je włoży na czyjąś głowę i zdejmie. Później dopytałam, że ostatnia osoba przy studni, jeśli nie ma jej kto pomóc, nabiera odpowiednio mniej wody, by była w stanie sama wiadro nałożyć.

Tutaj zawsze kogoś potrzebujesz. I oburzam się na to cała, bo zawsze byłam w stanie zrobić sama prawie wszystko. A teraz muszę prosić o pomoc. I czekać. I zależeć. I jestem wdzięczna Bogu za tę pracę we mnie, właśnie takie uczenie mnie kościoła, ciała Chrystusa. Bo życie w wiosce stało się dla mnie codziennym wysłuchiwaniem i praktykowaniem głoszenia o Jego ciele z Pierwszego listu do Koryntian 12:12-31.

Ale, życie tutaj to najpierw zależenie od Niego. W trzecim dniu pobytu w Pembie bank w Polsce zablokował mi wszystkie trzy karty płatnicze. Po kilku próbach połączenia się z konsultantem przez internet, musiałam zadzwonić do Polski. Raz. Drugi. Trzeci. Za 70 zł. Aż w końcu usłyszałam, że moje karty są w porządku i nie wiadomo, dlaczego jest odmowa. I że mogę złożyć zażalenie, które będzie rozpatrzone w ciągu 30 dni. Zamiast tego zabrałam karty do bankomatu i jeszcze raz podjęłam próbę wypłaty, tym razem modląc się wcześniej. Bankomat wypłacił pieniądze bez żadnego problemu. Wtedy i kilka razy później. Życie w Pembie często przypomina mi, że nie zależę od zasad tego świata, ale zależę od Boga, który czyni niemożliwe. I cieszę się tym przypomnieniem. Cieszcie się tym również. I szukajcie Jego chwały, która może zostać objawiona w Waszym niemożliwym.

 

Leave a Reply