Znana

Chciałabym być znana z tego, że Go znam. To moje największe pragnienie od lat. Choć przecież ostatnie są szczególnie ubogie we wspólny czas, bo jestem mamą dwójki małych dzieci. A jednak pomimo wszystkich moich niemożności, On jest. Bliski. Objawiony w codzienności. Nie muszę czekać na niezmęczenie. Na długie samotne modlitwy. Na życie jak kiedyś. Nie muszę. Nie musisz.

Jako mama często płakałam nad tym, że już nie jest jak kiedyś. A kiedyś to dopiero było pięknie. Wracałam do domu z pracy i byliśmy tylko my. Zwykłam wtedy rozmawiać z Nim na głos, o wszystkim zwykłym i niezwykłym. Razem zachwycaliśmy się Jego Słowem. Sypał mi objawieniami jak z rękawa z wersetów, które zwykle się przeacza. Wychodziliśmy spontanicznie do kawiarni. Ja – bo lubiłam rozmawiać z Nim przy kawie. On – pewnie tylko dlatego, że lubił mnie, gdziekolwiek. Albo siadaliśmy w tym parku usłanym niezapominajkami. Gadaliśmy w tramwaju i podczas długich spacerów z pracy do domu. Były tygodnie, gdzie jedyne spotkania, które umawiałam popołudniami, były z Nim.

Wtedy to powstawały obszerne pliki, w których zapisywałam wszystko, co do mnie mówił. Rozplątywał moje zawiłości, doleczał, co jeszcze się nie zabliźniło. I mówił o wspólnej przyszłości, która była niewiarygodna. Z dziewczyny, która lubi rutynę i spokój, zrobił taką, która była gotowa powiedzieć “tak” na zaproszenie do Mozambiku. Najpierw na trzy tygodnie, a potem na życie (bo kto wie, czy kiedyś to się skończy). W licznych wizjach, które pokazywał mi i innym, utwierdzał w przekonaniu, że będzie ze mną na każdym kroku. I jest. Choć to ja często muszę odkrywać Go pomiędzy tym, co w życiu nam się na co dzień dzieje. 

Jako mama często płakałam, że nie jest jak kiedyś. Pamiętam szczególnie ten raz w Jezioranach, niedługo po tym, kiedy urodził się Franio. Mówiłam mężowi, jak dobre i głębokie były te spotkania z Bogiem, kiedy jeszcze byłam sama. I jak bardzo za nimi jestem stęskniona. Za Nim. I że jestem w kropce, bo wiem, że nie da się tego zrobić tak pomiędzy jednym a drugim karmieniem. W niezupełnej ciszy. W zawsze mniejszym bądź większym zmęczeniu. Bo do takich spotkań potrzeba czasu. Wtedy mąż powiedział, żebym po prostu poszła do pokoju, a on się zajmie dziećmi.

I poszłam. I zaczęłam od wypłakania tych wszystkich dni, miesięcy i już nawet lat, w których nie mogliśmy być razem jak kiedyś. A gdy skończyłam się żalić, a zaczęłam z Nim być, nagle przyszedł zauważalnie. Niespodziewanie, bez godzin przygotowań, tak, jak wtedy, gdy chodziliśmy razem niemal po dotknięcie, co dnia. I znów zaczęłam płakać. Bo zrozumiałam, że nigdy nie odszedł. Że ja nigdy nie odeszłam. Że pozostaliśmy sobie bliscy, choć moje emocje mówiły mi zupełnie coś innego.

Chciałabym być znana z tego, że Go znam. Może to zuchwałe.

Od zawsze drżało mi serce, gdy czytałam o Henochu, który chodził z Bogiem, a potem już go nie było, bo Bóg go zabrał (Rodzaju‬ ‭5‬:‭21‬-‭24‬). I jeszcze gdzie indziej, że podobał się Bogu (Hebrajczyków‬ ‭11‬:‭5‬).

Chciałabym, by On był znany bardziej niż ja. Może to zuchwałe.

“Z Chrystusem jestem ukrzyżowany: żyję, ale już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus. A to, że teraz żyję w ciele, żyję w wierze Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał za mnie samego siebie.”

‭‭Galacjan‬ ‭2‬:‭20‬

Dlatego tak bardzo uwiera mi matczyny niedoczas. I nie takie jak bym sobie życzyła przestrzenie we mnie i poza mną, w których moglibyśmy znów budować naszą bliskość. Bo bez niej nic się nie zdarza. Ani w nas, ani w tych, do których jesteśmy posłani. Tyle że, droga mamo, czas przedefiniować sposoby na nasze z Bogiem łączności. Inaczej zje nas frustracja, a smutek nie zejdzie nam z serc.

Bo wiesz, moja przestrzeń na modlitwę to czasem “przedsen”, w którym mówię Mu jak bardzo Go potrzebuję. W nim właśnie przypomniał mi ostatnio jak zawsze chciałam być rozpoznawalna Nim samym. Albo “podprysznic”, gdzie wróciła do mnie myśl o jednej z dziewczynek, o którą modliłam się wcześniej w wiosce i chciałam jeszcze ją błogosławić i ogłaszać, co On robi w jej życiu. Może to być też “przyposiłek”, kiedy siadam na chwilę i mogę moment popatrzeć Mu w oczy.

Mogę też wybierać. Jego przed mediami społecznościowymi. Jego przed serialem. Jego przed książką. Jego przed czymś, co mnie relaksuje. Bo nikt jak On nie przynosi życia i ukojenia matczynych (i każdych) nerwów. Ale mogę też wybrać sen, którym On przecież obdarza tych, których kocha (Psalmy‬ ‭127‬:‭2‬). I to też będzie bardzo dobre.

Nic w tym odkrywczego. Ot, życie z Nim. Chodzenie z Nim. Naturalne, tak jak nasze życie na to pozwala. Zakotwiczanie się w Nim sposobem, który dziś, dla nas, jest na to najlepszy. Uchwycenie się Tego, który przecież sam macierzyństwo (i rodzicielstwo) wymyślił. I nieodkładanie Go na lepsze czasy. Bo w lepszych czasach może już nic z naszej bliskości nie zostać. Nawet pragnienia spotkania.

Mamo, nie musisz czekać na niezmęczenie. Na doczas. Na długie samotne modlitwy. Na życie jak kiedyś. Nie musisz. Zacznij od jednego zawołania do Tego, który cię zna. Gdziekolwiek.

/ Jeśli chcesz wesprzeć mnie w pisaniu, możesz postawić mi kawę na portalu Buy Coffee To. Dziękuję za Twoją obecność. /