Starczy ci odwagi i ludzi

W kilka sekund zdarzyło się to, czego później bardzo potrzebowałam w Mozambiku. Wpatrzona w szczoteczkę i pastę do zębów w moich dłoniach mogłam wyglądać niedorzecznie. Tak płakać na pokładzie samolotu nad akcesoriami do mycia zębów. Nikt jednak nie widział, co zdarzyło się w moim sercu. Szczoteczka i pasta stały się ostatecznym zapewnieniem od Ojca, że Jego zaopatrzenie się nie wyczerpie. Czemukolwiek bym tam nie stawiała czoła, On mi pomoże. I przestałam się bać.

Kiedy Bóg wkłada w serce pragnienie, zapewnia też wszystko, co jest potrzebne do jego realizacji. Ja potrzebowałam odwagi, ludzi blisko i pieniędzy. Wszystkiego wystarczyło. W ostatnim poście pisałam o tym, jak wystarczyło pieniędzy. Tu podzielę się opowieściami o odwadze i ludziach.

Pamiętam dobrze ciemność mojego mieszkania i szeroko otwarte oczy. Noce, w środku których budziłam się nagle z poczuciem, że spadam. Bez gruntu pod stopami i z pytaniem: czy już jestem w Mozambiku i czy to na zawsze? Pamiętam dobrze ogarniające mnie wtedy przerażenie. Poczucie, że nie kontroluję swojego życia. Tak było, kiedy Bóg zaczął do mnie mówić o wyjeździe misyjnym. Pisałam o tym wcześniej.

Zdarzało mi się wtedy odnajdywać w sobie pragnienie, by znów być małą Anią. Wrócić do domu, w którym wyrosłam. Z którego nie pamiętam złego. I w którym nie musiałam podejmować dużych decyzji. Zdarzało mi się pytać, po co wyjeżdżałam z Gdańska. Chcieć znów chodzić do kawiarni, zaczytywać się w książkach i spisywać z nich ładne zdania. Zdarzało mi się wyobrażać, że niczego nie usłyszałam o misjach.

Czułam się samotna. Nawet gdybym umiała wtedy nazwać, co się we mnie dzieje, nic by to nie pomogło. Choć mogłam podzielić się z kimś moim sercem, to odpowiedzialnością już nie. Chyba tak jest, że w drogę zawsze wyruszamy w jakimś sensie sami.

Ale jednocześnie był to czas, kiedy Bóg zaczął do mnie mówić o domu. O tym, że On sam jest moim domem (Ps. 91:1, 27:5, 31:20, 32:7, 61:4, 119:114, 139:15). Moim schronieniem. Bezpieczeństwem. Pewnością. Stabilizacją. Nie dom rodzinny. Nie Gdańsk. Nie Łódź. Nie mieszkanie, praca, przyjaciele. Ale On. Gdziekolwiek będę, mam tam swoje mieszkanie, bo On jest ze mną. Uczył mnie, że trwałość gruntu pod moimi stopami nie zależy od miejsca, warunków, w jakich żyję, ludzi wokół czy finansów. Uczył mnie tego po raz kolejny, na nowym zupełnie dla mnie poziomie zależności od Niego i niezależności od reguł świata.

Gdziekolwiek pójdziesz za Jezusem, masz tam swoje mieszkanie, bo On jest z Tobą. Najwyższy jest twoim domem.

To objawienie stało się źródłem mojej odwagi. Bo w Bożym Królestwie jest wystarczająco dużo odwagi, by zrealizować Boży plan.

W Bożym Królestwie wystarczy odwagi, by zrealizować Boży plan.

Tamtego październikowego dnia jechałam na lotnisko prosto z nabożeństwa. Żałowałam, że żadna ze spotkanych tam osób nie mogła polecieć ze mną. Jednocześnie byłam wdzięczna za wszystkich, którzy towarzyszyli mi w tej drodze, choć przecież ze mną nie jechali. Wtedy, w autobusie, spisałam ich imiona. Tych najbliżej. Trzydzieści osiem osób. Ludzi, którzy mnie zachęcali. Wspierali finansowo. Mieli dla mnie dobre słowo. Wysłuchiwali moich niepewności. Doradzali w różnych kwestiach. Pożyczyli rzeczy na wyjazd. Ludzi, którzy ściskali mnie na pożegnanie. I tych, co czekali na mój powrót.

Mogłoby się wydawać, że wyjazd do Mozambiku był tylko moją sprawą. Ale to nieprawda. Nigdy nie zrealizujesz sam pragnienia, które Bóg włożył w twoje serce. Tak planuje Bóg, że potrzebujesz do tego innych. A w Bożym Królestwie jest wystarczająco dużo osób, by pomóc ci zrealizować Boży plan.

W Bożym Królestwie wystarczy ludzi, którzy pomogą ci zrealizować Boży plan.

Siedziałam już w swoim fotelu na pokładzie samolotu we Frankfurcie. Chwilę wcześniej stewardessa poprosiła mnie, czy mogę zmienić miejsce, ponieważ dwójka ludzi chciała siedzieć razem. Powtarzałam w głowie wszystkie obietnice, które złożył mi Bóg przed wyjazdem. Ale nie mogłam pozbyć się stresu. Nawet zdanie, które do tej pory za każdym razem ustawiało mnie w pozycji pewności, nie pomagało. Abraham wyszedł, nie wiedząc dokąd idzie, ale wiedział, kto go posyła.* Powtórzyłam. I nic.

Poza tym była to moja siódma godzina podróży, zostało jeszcze szesnaście, a ja zorientowałam się, że ostatnio myłam zęby dwanaście godzin temu i nie umyję ich wcześniej niż po dotarciu na miejsce. Moja szczoteczka i pasta zostały w bagażu głównym. Wówczas, przy tamtym stresie, była to o jedna wiadomość za wiele. Gdy próbowałam zebrać się w sobie, wróciła stewardessa i w ramach podziękowania za zmianę miejsca wręczyła mi pudełko od linii lotniczych. To była chwila, w której liczyłam znaleźć w nim jedno – czekoladę. Wyciągałam kolejno z pudełka przeróżne przedmioty niezbędne w podróży, jak skarpetki bezuciskowe, zatyczki do uszu, pomadka do ust, czekoladki i…

Wpatrzona w szczoteczkę i pastę do zębów w moich dłoniach mogłam wyglądać niedorzecznie. Tak płakać na pokładzie samolotu nad akcesoriami do mycia zębów. Nikt jednak nie widział, co zdarzyło się w moim sercu. Szczoteczka i pasta stały się ostatecznym zapewnieniem od Ojca, że Jego zaopatrzenie się nie wyczerpie. Również w Mozambiku. Zadbał o taki szczegół jak komfort mojej podróży. Przyszła pewność, że czemukolwiek bym tam nie stawiała czoła, On mi pomoże. I przestałam się bać.

*Autora nie pamiętam.

4 Replies to “Starczy ci odwagi i ludzi”

  1. Dobre słowa na nowy start. Nie chce się dłużej bać, bo to wiem, że Bóg jest ze mną.!!

    1. Jest! Nie bój się.

  2. Ta szczoteczka i pasta gdzie była? W pudełku od stewardessy czy w Twoim podręcznym bagażu? 😉

    1. Głowa zaplanowała, a słowa nie opisały. 😉 W pudełku oczywiście. 🙂 Dzięki!

Leave a Reply